Sama się zaśmiała, co ją zaskoczyło i zakryła mimowolnie usta. To nie tak, że nie wolno było jej się śmiać. W domu bardzo dużo się śmiała, bardzo dużo żartowano wokół niej, żyło się naprawdę sielankowo – bez presji, bez wyrzutów. Jednak nie sądziła, że w szkole też będzie dane jej się śmiać. Chciała ten śmiech zarezerwować dla swojej rodziny, a nie dla Rookwooda, ale stało się. Wprawił ją w dobry nastrój sprawiając, że jej serce zaszło obawą, czy ta znajomość jest nadal dobra.
Jej wzrok przemieszczał się znowu po obrazach, ścianach, posągach, po otoczeniu, ale nie po Rookwoodzie. Nie chciała na niego patrzeć, aby go nie zapamiętać, aby jej znowu nie nawiedzał w snach. On natomiast był niedelikatny, wredny, niepewny. Tak cholernie czuła od niego tą niepewność, że momentami sama tak się czuła. Jakby ich relacja nigdy nie miała dobiec do mety, a wręcz zostać ucięta w połowie trasy w drastyczny sposób.
Skinęła tylko głową patrząc przed siebie. Gdy zadał jej kolejne pytanie zagryzła wargę. Dlaczego tak bardzo o wszystko wypytywał? Dlaczego chciał tak bardzo czegoś się o niej dowiedzieć? Nie lubiła o sobie mówić, nie lubiła być w centrum uwagi, a on to ciągle robił.
– Czy wiedza na temat tego, co odpowiedzieć oznacza, że jest się żmijowatym? – zapytała marszcząc brwi i patrząc w końcu na niego. – Ja po prostu wiem, co mam odpowiedzieć, a to ty sprawiasz, że odpowiadam w taki sposób, bo aż się o to prosisz – dźgnęła go zaczepnie palcem w ramię. Westchnęła ciężko. – Moi rodzice są podróżnikami. Cały czas są w trasie i więcej ich w domu nie ma niż są. Są raczej lekkoduchami – zauważyła.