Żeby zapominać o takich rzeczach trzeba jeszcze mówić o tym, że w ogóle była mowa o walce. Nie było. Był jednostronny atak, który Sauriel chciał jak i nie chciał go kontynuować - dlatego nie był tuż przy niej. Nie trzymał jej. Pchnął ją i puścił, stojąc ten jeden krok dalej. Patrząc na nią intensywnie, trzymając się w miejscu, trzymając się w ryzach. Bo przecież nie był szalony. Przecież nie był tak impulsywny, żeby nad sobą nie panować.
Bo nie był, prawda..?
Napiął się jeszcze bardziej, kiedy kobieta wyciągnęła różdżkę, zacisnął szczęki. Magiczny patyk utrzymał go w miejscu. Instynkt i nauka kazała mu stać, ale po odruchu jego ręki widać było, że chciał coś z tym jednocześnie zrobić. Odtrącić patyk, złapać go, złamać, rzucić zaklęcie. Z zewnątrz, wiedząc, że znal magię bezróżdżkową - chuj wie. Od wewnątrz - tak, odtrącić. Nastało pięć sekund pełnej napięcia ciszy, po której Sauriel rzeczywiście zrobił ostrożny krok w tył. Miękki. Bezszelestny. Ale jego mimika ani napięcie mięśni nie zmieniły się przy tym ani trochę, jakby nadal chciał skoczyć kobiecie do gardła. Bo chciał. I jednocześnie nie chciał wcale. Walczył ze sobą, żeby w miejscu ustać. I żeby tej ręki nie podnieść. Choć była to bardzo cicha i nieubrana w słowa walka.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.