17.07.2023, 12:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2023, 12:05 przez Alastor Moody.)
Im mniej osób im towarzyszyło, tym łatwiej przychodziły mu próby uspokojenia się. Wciąż był rozgrzany jak piec, tak gorący, jakby miał zaraz zejść od jakiejś choroby, ale trochę go już rzeczywistość ostudziła. Głośny oddech stawał się coraz mniej słyszalny - zaraz pewnie będzie tak cichy jak ten Idy, która wciąż, nawet mimo tego jak silnie potrzebował jej obecności, spała. Czy miała się kiedykolwiek obudzić? Danielle powiedziała dosyć dobitnie, że uczynili wszystko, co w ich mocy, ale to z jakiegoś powodu wydawało się jakieś takie niewystarczające. Tak samo jak jego działania podczas sabatu.
Ileż to ludzi musiało przebywać w tym szpitalu z podobną niepewnością... A on sobie lata temu poprzysiągł, że do takiej sytuacji nigdy nie dopuści, póki nosi na piersi odznakę Biura. Ta szorstkość, którą nabył z wiekiem, te wszystkie marzenia, które zaprzepaścił dla kariery Aurora, relacje zniszczone bezpowrotnie - obrócił swoje żyje w ruinę, a teraz ktoś mu próbował zburzyć ostatni budynek - ostoję tego, kim był. Jak na coś takiego w ogóle zareagować? Ale to była o wiele większa tragedia, niż początkowo zakładał. To była tragedia człowieka rozumiejącego pojęcie śmierci jak nikt inny - wszyscy umierali, niektórzy umierali o wiele wcześniej, niż powinni, ale... z jakiegoś powodu jego umysł nie chciał dopuścić do scenariusza, w którym to nie on umiera pierwszy. Słowa Eden niby do niego docierały, niby od zawsze wiedział, że ta praca będzie jego końcem, taki ten zawód nosił ryzyko zawodowe, po prostu... Kiedy myślał o odejściu innych, zawsze postrzegał to jako coś, co ciężko temu uniwersum wybaczyć, ale kiedy myślał o sobie - jakaż to była oczywistość, że kiedyś zniknie. Tylko w tym wyobrażeniu niekoniecznie ktokolwiek za nim tęsknił, a teraz? Aż rosła mu gula w gardle kiedy do niego dotarło, ilu ta wojna przyniosła mu przyjaciół. Skąd miał nagle tyle osób zdolnych do rzucenia wszystkiego i przyjścia tu dla niego, tak po prostu? Chyba ich sobie oswoił szybciej, niż sam siebie oswoił z ideą, że miał wokół siebie kogokolwiek poza Idą i Bottem. Nie oczekiwał nigdy od wszechświata niczego w zamian za swoje działania, a jeżeli już, to maksymalnie zardzewiałej tabliczki z imieniem, powieszonej na jakimś drzewie w Kniei, czasami wspomnienia, że był tu kiedyś ktoś, kto im pomagał, żeby im zdjąć z pleców ciężar szarej i smutnej codzienności. Tacy ludzie jak on byli potrzebni do tego, żeby być im wdzięcznym, a później o nich po cichu zapominać, dlaczego więc...?
Dlaczego tyle osób tak mocno od siebie uzależnił? Dlaczego tutaj byli i dlaczego bycie kochanym było jednocześnie tak przyjemne i tak przerażające?
- A co innego mam robić? Przecież ich nie zostawię z tym wszystkim samych, a... - siedzenie w domu w samotności i rwanie sobie włosów z głowy brzmiało gorzej niż spojrzenie w oczy rodzinom ofiar - sytuacja nie brzmi, jakbym mógł pozwolić sobie na to, żeby stracić dzień lub dwa.
Sam nie wiedział, co go skłoniło do dobrania słów w ten sposób.
Bones dała mu kiedyś dużą nauczkę za takie myślenie - za to, że nigdy nie było go w domu, zawsze musiał być gdzieś daleko i robić cokolwiek, zawsze musiał coś robić i prawie nigdy jej w tym nie uwzględniał. Powinien z tego pewnie wyciągnąć lekcję na całe życie, był tego nawet świadomy, ale wciąż funkcjonował po swojemu. Kiedy tu był potrafił jak nikt inny pokazać jak bardzo jej chciał - złapał ją za biodra i przesunął się na krześle, tak żeby znalazła się pomiędzy jego nogami, przycisnął ich ciała do siebie, zatapiając twarz w jej ubraniu, objął ją rękoma i tak bezsilnie westchnął. A kiedy go nie będzie? Czym on się różnił od Williama? Spojrzał w górę, opierając brodę o jej klatkę piersiową.
- Co byś zrobiła, gdybyś nadal pracowała w biurze?
Ileż to ludzi musiało przebywać w tym szpitalu z podobną niepewnością... A on sobie lata temu poprzysiągł, że do takiej sytuacji nigdy nie dopuści, póki nosi na piersi odznakę Biura. Ta szorstkość, którą nabył z wiekiem, te wszystkie marzenia, które zaprzepaścił dla kariery Aurora, relacje zniszczone bezpowrotnie - obrócił swoje żyje w ruinę, a teraz ktoś mu próbował zburzyć ostatni budynek - ostoję tego, kim był. Jak na coś takiego w ogóle zareagować? Ale to była o wiele większa tragedia, niż początkowo zakładał. To była tragedia człowieka rozumiejącego pojęcie śmierci jak nikt inny - wszyscy umierali, niektórzy umierali o wiele wcześniej, niż powinni, ale... z jakiegoś powodu jego umysł nie chciał dopuścić do scenariusza, w którym to nie on umiera pierwszy. Słowa Eden niby do niego docierały, niby od zawsze wiedział, że ta praca będzie jego końcem, taki ten zawód nosił ryzyko zawodowe, po prostu... Kiedy myślał o odejściu innych, zawsze postrzegał to jako coś, co ciężko temu uniwersum wybaczyć, ale kiedy myślał o sobie - jakaż to była oczywistość, że kiedyś zniknie. Tylko w tym wyobrażeniu niekoniecznie ktokolwiek za nim tęsknił, a teraz? Aż rosła mu gula w gardle kiedy do niego dotarło, ilu ta wojna przyniosła mu przyjaciół. Skąd miał nagle tyle osób zdolnych do rzucenia wszystkiego i przyjścia tu dla niego, tak po prostu? Chyba ich sobie oswoił szybciej, niż sam siebie oswoił z ideą, że miał wokół siebie kogokolwiek poza Idą i Bottem. Nie oczekiwał nigdy od wszechświata niczego w zamian za swoje działania, a jeżeli już, to maksymalnie zardzewiałej tabliczki z imieniem, powieszonej na jakimś drzewie w Kniei, czasami wspomnienia, że był tu kiedyś ktoś, kto im pomagał, żeby im zdjąć z pleców ciężar szarej i smutnej codzienności. Tacy ludzie jak on byli potrzebni do tego, żeby być im wdzięcznym, a później o nich po cichu zapominać, dlaczego więc...?
Dlaczego tyle osób tak mocno od siebie uzależnił? Dlaczego tutaj byli i dlaczego bycie kochanym było jednocześnie tak przyjemne i tak przerażające?
- A co innego mam robić? Przecież ich nie zostawię z tym wszystkim samych, a... - siedzenie w domu w samotności i rwanie sobie włosów z głowy brzmiało gorzej niż spojrzenie w oczy rodzinom ofiar - sytuacja nie brzmi, jakbym mógł pozwolić sobie na to, żeby stracić dzień lub dwa.
Sam nie wiedział, co go skłoniło do dobrania słów w ten sposób.
Bones dała mu kiedyś dużą nauczkę za takie myślenie - za to, że nigdy nie było go w domu, zawsze musiał być gdzieś daleko i robić cokolwiek, zawsze musiał coś robić i prawie nigdy jej w tym nie uwzględniał. Powinien z tego pewnie wyciągnąć lekcję na całe życie, był tego nawet świadomy, ale wciąż funkcjonował po swojemu. Kiedy tu był potrafił jak nikt inny pokazać jak bardzo jej chciał - złapał ją za biodra i przesunął się na krześle, tak żeby znalazła się pomiędzy jego nogami, przycisnął ich ciała do siebie, zatapiając twarz w jej ubraniu, objął ją rękoma i tak bezsilnie westchnął. A kiedy go nie będzie? Czym on się różnił od Williama? Spojrzał w górę, opierając brodę o jej klatkę piersiową.
- Co byś zrobiła, gdybyś nadal pracowała w biurze?
fear is the mind-killer.