Avelina już nie była tą rumieniącą się dziewczynką, którą była, gdy się poznali. Łatwiej przychodziło jej wchodzić w zatargi z chłopakami, nie wstydziła się w ich obecności, z łatwością ich od siebie odpędzała i wprowadzała w zakłopotanie. Nie szukała miłości, nie szukała kogoś z kim chciałaby się spotykać po nocy, aby składać nieśmiałe pocałunki. Chciała osiągnąć perfekcję w transmutacji i eliksirach, gdyż ta magia była dla niej idealna. Łatwo było się za nią ukryć z dala od oczu innych osób. Nie wchodziła w pojedynki na zaklęcia, bo wiedziała, że przegra. Miała znacznie lepsze umiejętności, które nie wymagały od niej wysiłku fizycznego.
Z zadowoleniem zamruczała, gdy Rookwood się wkurzał jak przewidziała. Nie odstępowała go na krok – czasem dziabnęła go łapą w nogawki, aż w końcu ten zirytowany wyciągnął różdżkę. Nie mogła ryzykować, że ten ją czymś trafi. W końcu przemieniła się w siebie i stanęła przed nim w pełnej okazałości trzymając na biodrze dłoń, które swoją drogą zrobiły się ładne i kształtne. Włosy miała rozpuszczone i spływały luźno na jej ramionach. Uśmiechnęła się do niego zawadiacko.
– Aż taki z ciebie bad boy, że nawet zwierząt nie lubisz? – zapytała patrząc na niego, a w oczach tańczyły jej ogniki pełne zadziorności.
Nie sądziła, że widok zdenerwowanego Rookwooda sprawi, że poczuje się tak dobrze. Złościł się w bardzo zabawny sposób. W sercu jednak bała się, że już nigdy go nie zobaczy, że będzie to ich ostatnie spotkanie, więc chciała sprawić, aby ją zapamiętał. Ich znajomość nie miała przyszłości, ale chciała być w jego głowie na zawsze. Wiedziała, że było to egoistyczne, ale dlaczego on może być egoistą, a ona nie?