- Witam, Merlinie. - Spojrzał na nią krytyczni, chociaż miała rację - wcale nie spoglądał na nią normalnie. Ta chwila, jak i chwile poprzednie, miały w sobie bardzo wiele, ale nie normy z ich dnia codziennego i nie normy z ich spotkań. Bo przecież było jak było, a kiedy dzielili ze sobą chwile to było... miło. Czy to wystarczy, żeby mówić o partnerstwie? Że "było miło"? Zazwyczaj kiedy takie słowa padały z ust jednej ze stron znaczyło to, że nie czują do siebie zbyt wiele. Ale tutaj nie było mowy o uczuciu, kiedy się wybierali. Bo się nie wybierali, jak dobrze wiemy. Tak więc "było miło" stanowiło w zasadzie wszystko, czego można było oczekiwać od ich wspaniałego i zdecydowanie normalnego, jak na ich czasy, związku. Bo tutaj nie dyktowały uczucia wyborów. To dobra krew i... na pewno nie szansa na potomka, więc pomijając ten krok docieramy do: polityka.
- Przecież wiem, że to nie Amortencja! - A co, tylko amortencja taka była? Właściwie to wcale jej nie oskarżał, tak normalnie, że to ona przyczyniła się do tego dziwacznego stanu, w jaki wpadł. Lecz znów - emocje. I niepotrzebnie w ogóle to wypowiadał... wykrzykiwał? Nie darł japy na cały dom, ale to nie był normalny ton głosu i zaliczał się już do tych uniesionych. - Skoro wiedziałaś, co jest grane, to się PYTAM CO JEST GRANE. - Nie to miała na myśli wypowiadając te słowa, ale tak to zrozumiał w aktualnym stanie rozumowania sam Sauriel - odbiorca przekazu. Ale następne słowa sprawiły, że Rookwood się zatkał i na jego twarzy pojawił się szok jeszcze głębszy niż ten sprzed chwili. Otworzył szerzej oczy, a w nich - niedowierzanie. Spoglądał czujnie na Victorię czekając, aż zaprzeczy, aż powie, że tylko się wyzłośliwia, albo stara go uspokoić, uciszyć. Jeśli to ostatnie to bardzo dobrze jej się to udało. Czarnowłosy nawet zrobił kolejne pół kroku w tył, żeby jakoś rozluźnić napięcie między nimi. Żeby iskry przestały latać w powietrzu.
Każdej. Nocy. Od. Tygodnia.
Słowa grzmiały w jego uszach jak dzwon i nagle jakoś... jakoś zrobiło się zimniej. Może tak jak powinno być od początku. Kolejny dreszcz, albo raczej jego złudzenie, przespacerował się po jego skórze. I nie wiedział, co powiedzieć. Nie żartowała. Nie potrafił dopatrzeć się w jej twarzy żartu. I chyba to nie były słowa tylko ku ostudzeniu tego, co nim szarpało. Zamilknął, wpatrując się w Victorię. Wstrząśnięty.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.