16.07.2023, 20:45 ✶
Pokręciła głową w odpowiedzi na pytanie, czy go obserwowali. No, przynajmniej nie obserwowała ducha ona sama, mając jednak na głowie lepsze rzeczy do zrobienia. Tak, może i przez swoją umiejętność miała troszeczkę wspólnego z tą stróżującą od wieków zjawą (tylko troszeczkę! Bo koniec końców, jej niematerialna forma zawsze wracała do ciała; duch nie bardzo miał gdzie „wsiąknąć”, chyba żeby spróbował kogoś opętać… tak też mogło być), co jednak nie oznaczało, że na dłuższą metę powinna być zainteresowana tymże bytem.
Naprawdę, tutaj znajdowało się wiele innych rzeczy, które wręcz krzyczały i prześcigały się w zwracaniu uwagi Lety na siebie. Chociażby ten dom, za którego podwoje się zapuszczała, uchylając tym samym rąbka tajemnicy odnośnie potencjalnych znalezisk, na jakie im przyjdzie natrafić, gdy w końcu władują się do jego wnętrza. Ale fakt, chwalenie się przed wszystkimi, w jaki sposób to zrobiła, byłoby – delikatnie mówiąc – niemądre. Wystarczy, że wiedzieli ci, co mieli wiedzieć, żadnych kontroli na karku nie potrzebowali.
Dość, że i tak już Wellington robił koło pióra – ale już niedługo, niedługo, jeszcze troszkę i mu dobitnie pokażą, gdzie jego miejsce… tak. Tyle że – niestety! - takiego rozwiązania nie dało się przełożyć na cały departament albo nawet i całe ministerstwo. Z drugiej strony, może i lepiej, bo zaraz by się okazało, że nie ma gdzie chociażby załatwić parę spraw…
- Interesująca myśl – stwierdziła, zerkając na Sebastiana. Być może miał rację, choć oczywiście jej trudno to było ocenić, jako że zdecydowanie nie specjalizowała się w życiu po śmierci (no, chyba że mowa o Księdze Umarłych czy też wierzeniach – tu zdecydowanie szczyciła się znacznie rozleglejszą wiedzą); być może jednak faktycznie byt ten mógł zareagować w momencie, gdyby coś ruszyli. Dopóki pułapki działały, być może nie istniała potrzeba ingerencji strażnika, ale gdyby już mieli dotknąć czegoś szczególnego? W oczach Lety nie byłoby to takie nieprawdopodobne – W każdym razie myślę, że nawet jeśli masz rację, to nie spodziewałabym się, iż zaraz coś się zmieni – podsumowała. Ale tak. Byłoby miło, gdyby nikogo ten duch nie raczył nawiedzać bądź, co gorsza, opętywać. Dopiero co musieli sobie radzić z opętaniem i naprawdę: Leta bardzo, bardzo nie chciała powtórki „z rozrywki”.
Zerknęła z namysłem na Prewettównę, aczkolwiek ciężko ocenić, co dokładnie Lecie chodziło po głowie. Zapał do pracy jak najbardziej zasługiwał na uznanie; zresztą, tak to tu działało: każdy miał swoją rolę, swoje zadania i powinien się być z nich wywiązywać. Nikt nikogo przecież trzymać na siłę nie będzie, ani – tym bardziej – zakuwać w łańcuch i stać nad głową z biczem, poganiając do roboty.
- Faktycznie moglibyśmy zacząć nawet dziś, nie ma co przeciągać – zgodziła się w końcu. Zresztą, hej, jej cierpliwość też miała gdzieś swoje granice. Ciekawość to niby pierwszy stopień do limbo i tak dalej, i tak dalej, ale gdyby nie ona – nigdy by się nie znalazła w tym miejscu.
- Dołożymy wszelkich starań, żeby nikomu nie oderwało ręki, Nell – obiecała uzdrowicielce, w duchu przewracając oczyma. No tak, mugole to mugole, władowali się błogo nieświadomi na te tereny, teraz zaś za robotę brali się specjaliści.
Naprawdę, tutaj znajdowało się wiele innych rzeczy, które wręcz krzyczały i prześcigały się w zwracaniu uwagi Lety na siebie. Chociażby ten dom, za którego podwoje się zapuszczała, uchylając tym samym rąbka tajemnicy odnośnie potencjalnych znalezisk, na jakie im przyjdzie natrafić, gdy w końcu władują się do jego wnętrza. Ale fakt, chwalenie się przed wszystkimi, w jaki sposób to zrobiła, byłoby – delikatnie mówiąc – niemądre. Wystarczy, że wiedzieli ci, co mieli wiedzieć, żadnych kontroli na karku nie potrzebowali.
Dość, że i tak już Wellington robił koło pióra – ale już niedługo, niedługo, jeszcze troszkę i mu dobitnie pokażą, gdzie jego miejsce… tak. Tyle że – niestety! - takiego rozwiązania nie dało się przełożyć na cały departament albo nawet i całe ministerstwo. Z drugiej strony, może i lepiej, bo zaraz by się okazało, że nie ma gdzie chociażby załatwić parę spraw…
- Interesująca myśl – stwierdziła, zerkając na Sebastiana. Być może miał rację, choć oczywiście jej trudno to było ocenić, jako że zdecydowanie nie specjalizowała się w życiu po śmierci (no, chyba że mowa o Księdze Umarłych czy też wierzeniach – tu zdecydowanie szczyciła się znacznie rozleglejszą wiedzą); być może jednak faktycznie byt ten mógł zareagować w momencie, gdyby coś ruszyli. Dopóki pułapki działały, być może nie istniała potrzeba ingerencji strażnika, ale gdyby już mieli dotknąć czegoś szczególnego? W oczach Lety nie byłoby to takie nieprawdopodobne – W każdym razie myślę, że nawet jeśli masz rację, to nie spodziewałabym się, iż zaraz coś się zmieni – podsumowała. Ale tak. Byłoby miło, gdyby nikogo ten duch nie raczył nawiedzać bądź, co gorsza, opętywać. Dopiero co musieli sobie radzić z opętaniem i naprawdę: Leta bardzo, bardzo nie chciała powtórki „z rozrywki”.
Zerknęła z namysłem na Prewettównę, aczkolwiek ciężko ocenić, co dokładnie Lecie chodziło po głowie. Zapał do pracy jak najbardziej zasługiwał na uznanie; zresztą, tak to tu działało: każdy miał swoją rolę, swoje zadania i powinien się być z nich wywiązywać. Nikt nikogo przecież trzymać na siłę nie będzie, ani – tym bardziej – zakuwać w łańcuch i stać nad głową z biczem, poganiając do roboty.
- Faktycznie moglibyśmy zacząć nawet dziś, nie ma co przeciągać – zgodziła się w końcu. Zresztą, hej, jej cierpliwość też miała gdzieś swoje granice. Ciekawość to niby pierwszy stopień do limbo i tak dalej, i tak dalej, ale gdyby nie ona – nigdy by się nie znalazła w tym miejscu.
- Dołożymy wszelkich starań, żeby nikomu nie oderwało ręki, Nell – obiecała uzdrowicielce, w duchu przewracając oczyma. No tak, mugole to mugole, władowali się błogo nieświadomi na te tereny, teraz zaś za robotę brali się specjaliści.