16.07.2023, 21:24 ✶
Drgnąłem przerażony, kiedy jebany futrzak zaczął się zmieniać, rosnąć, puchnąć. Tego z pewnością się nie spodziewałem! A tym bardziej tego, że animagiem, który postanowił zaburzyć mój spokój, była AVELINA PAXTON, o której to przed chwilą myślałem. Całkiem ciepło myślałem.
Można się domyślać, że to ciepło nie trwało na długo, szczególnie że śmiała się odzywać do mnie w ten arogancki sposób w tym konkretnym momencie, kiedy szczególnie odczuwałem ból istnienia, kurwiłem w myślach i miałem ochotę coś rozpieprzyć. Rozważałem, czy nie jebnąć w ścianę. Pięść miałem już zaciśniętą. Wystarczyło się zamachnąć i poczuć ból. Prosty ból. Nic innego.
Mimo to stałem i wpatrywałem się w Paxton. Była taka jak w moich wspomnieniach. Harda. Dumna. Zadziorna. Może to ja ją taką stworzyłem? Te potajemne, nocne spotkania i liczne wyzwiska za dnia? Była taka zadziorna? Taka odawżna? Niezłomna? Aby na pewno?
Podżegała ogień w moim ciele. Drżałem z wściekłości. Walczyłem ze sobą - mogła to ujrzeć w moich oczach. Chciałem zrobić jej milion okrucieństw, a jednocześnie wtulić się w nią i wyrzucić to wszystko, co leżało mi na sercu. To te dwa diabły. Wciąż tam we mnie były odkąd tylko poznałem Avelinę Paxton. Nie dawały mi spokoju, nie pozwalały o niej zapomnieć, rozważały wciąż nowe strategie. Przeklinałem je w duszy, samemu nie wiedząc, czego tak naprawdę od niej chciałem. Czego chciałem? Czego pragnąłem?
Złapać ją dłonią za tę brodę i ujrzeć w jej oczach strach. Od zawsze ten pierwszy mi szeptał, że to nie będzie trwało, że zostanie zerwane gwałtownie. Zniknie.
Zamrugałem kilka razy oczami, gdyż faktycznie to zrobiłem. Stałem, ściskając ją gwałtownie za podbródek. Pewnie się wyszarpnęła, a ja zastanawiałem się, co ze mną jest nie tak, skoro gubiłem się w swojej wściekłości. Przejmowała nade mną kontrolę. Tak nie powinno być. Może właśnie dlatego nie potrafiłem do końca stabilnie opanować magii bezróżdżkowej... A jej się z animagią udało. Nie prosiła mnie o te jebane liście, co miała zrobić. Nienawidziłem jej.
I jednocześnie...
- Wybacz - odparłem, odsuwając się od niej na krok. Może nawet dwa. Spojrzałem na swoje trzęsące się ręce. Nie znosiłem tego. Było słabością. Nie chciałem tego czuć. Ścisnąłem dłonie w pięści i zacząłem uderzać w ścianę. Raz za razem. Tak będzie lepiej.
Można się domyślać, że to ciepło nie trwało na długo, szczególnie że śmiała się odzywać do mnie w ten arogancki sposób w tym konkretnym momencie, kiedy szczególnie odczuwałem ból istnienia, kurwiłem w myślach i miałem ochotę coś rozpieprzyć. Rozważałem, czy nie jebnąć w ścianę. Pięść miałem już zaciśniętą. Wystarczyło się zamachnąć i poczuć ból. Prosty ból. Nic innego.
Mimo to stałem i wpatrywałem się w Paxton. Była taka jak w moich wspomnieniach. Harda. Dumna. Zadziorna. Może to ja ją taką stworzyłem? Te potajemne, nocne spotkania i liczne wyzwiska za dnia? Była taka zadziorna? Taka odawżna? Niezłomna? Aby na pewno?
Podżegała ogień w moim ciele. Drżałem z wściekłości. Walczyłem ze sobą - mogła to ujrzeć w moich oczach. Chciałem zrobić jej milion okrucieństw, a jednocześnie wtulić się w nią i wyrzucić to wszystko, co leżało mi na sercu. To te dwa diabły. Wciąż tam we mnie były odkąd tylko poznałem Avelinę Paxton. Nie dawały mi spokoju, nie pozwalały o niej zapomnieć, rozważały wciąż nowe strategie. Przeklinałem je w duszy, samemu nie wiedząc, czego tak naprawdę od niej chciałem. Czego chciałem? Czego pragnąłem?
Złapać ją dłonią za tę brodę i ujrzeć w jej oczach strach. Od zawsze ten pierwszy mi szeptał, że to nie będzie trwało, że zostanie zerwane gwałtownie. Zniknie.
Zamrugałem kilka razy oczami, gdyż faktycznie to zrobiłem. Stałem, ściskając ją gwałtownie za podbródek. Pewnie się wyszarpnęła, a ja zastanawiałem się, co ze mną jest nie tak, skoro gubiłem się w swojej wściekłości. Przejmowała nade mną kontrolę. Tak nie powinno być. Może właśnie dlatego nie potrafiłem do końca stabilnie opanować magii bezróżdżkowej... A jej się z animagią udało. Nie prosiła mnie o te jebane liście, co miała zrobić. Nienawidziłem jej.
I jednocześnie...
- Wybacz - odparłem, odsuwając się od niej na krok. Może nawet dwa. Spojrzałem na swoje trzęsące się ręce. Nie znosiłem tego. Było słabością. Nie chciałem tego czuć. Ścisnąłem dłonie w pięści i zacząłem uderzać w ścianę. Raz za razem. Tak będzie lepiej.