Czasem to nie chodziło o nas. Padasz ofiarą krytyki, win i przewin, których nie zrobiłeś i które cię nie dotyczą. I tam nie ma twojej winy, choć zaczynasz tak na to spoglądać. Atakują cię i nie wiesz - czemu ja? A to po prostu była przypadkowa wychodna. Łatwy cel dla nerwów. I możesz się sprzeczać - ale ja nie jestem łatwym celem! Nie, nie jesteś, zgadza się. Jesteś Victorią Lestrange, kobietą, która się szanuje i która mimo łagodności potrafi wyznaczyć granicę swojej strefy komfortu i szacunku w takiej sytuacji. Z perspektywy jednak tej drugiej strony - jak najbardziej nią jesteś. Nie to, że Sauriel wybierał tutaj świadomie, że celował w ciebie, że naprawdę chciał cię zgnoić. Nie, nie. Koniec końców za te wszystkie złe rzeczy, które go spotykały, KTOŚ musiał być winny. I tak się nieszczęśliwie złożyło, że osobą, która najmocniej w tym czasie gościła w jego myślach byłaś... właśnie ty. I nagle nastąpił wybuch. Podpalony lont, a przecież mamy te swoje ulubione określenie. Bomba. Sauriel był jak dynamit - próbujesz dmuchać na ten pieprzony lont, na te iskry, a one zapierdalają jeszcze szybciej. Więc chcesz przeciąć. No, to teraz bądź na tyle szybki, żeby przegonić ogień. Nie ma rzeczy niemożliwych. Ale kiedy walczysz z wiatrakami to musisz mieć bardzo dużo zaparcia. Ty za to miałaś coś więcej. Sposób. Tu i teraz? Na pewno nie. Ale tutaj i teraz przekroczone zostały granice. A przynajmniej jedna. Naprawdę był sens usprawiedliwiania kogokolwiek, że "jakby chciał TO..."? Pewnie, jakbyście chcieli roznieślibyście tę budę. Tylko czy na pewno o to chodziło..?
Tak czy siak oto efekt i oto jesteś. Syn swojego ojca. Ta sama krew, bo przecież niedaleko pada jabłko od jabłoni. Pchnąłeś ją. TYLKO pchnąłeś? Bo takie słowo, słowo "tylko" gdzieś tam przesunęło się przez mózg. Gorsza była jednak ta świadomość, że wcale nie chciałeś na tym poprzestać. I powiedziałeś te słowa - o parę słów za dużo. I nagle wstyd, zgorszenie, obrzydzenie. To przerażające, co? Poznać siebie samego od strony, o którą się nawet nie podejrzewałeś. Bo przecież "nie jestem taki jak ON".
Czyżby?
Najgorsze było uświadomić sobie, że to nie było w tym poczucia winy.
Sumienie i spisany na nim rachunek tych chwil był tak mały, tak mizerny, że Sauriel sięgnął dłonią na poziom swojego serca i spojrzał na nią. Dotknął palcami koszuli i oderwał ją, jakby spodziewał się, że zbierze ze swojego wnętrza chociaż ociupinę, okruszynę ludzkości. Była tam. Mała, nieśmiała, bezbronna - okruszyna. To, co pozwoliło mu odczuć i przypomnieć sobie, że to naprawdę było "złe", co zostało tu dokonane. Ale nadal... gdzie była wina? Gdzie w tym wszystkim był żal za grzechy? Był wstyd - to na pewno. Było rozczarowanie samym sobą, że właśnie pokazał się w świetle jako cień człowieka, którym nie chciał być. Ale to nie było to, czego szukał, oj nie. Nie było tam tego, co powinno być w odpowiedzi na jej słowa. Było tam... za mało.
Uniósł głowę razem z różdżką, której rękojeść skierował w jej stronę. Jej własną różdżką. Bo uzmysłowił sobie, że nadal ją trzymał.
- Rozumiem. - Odpowiedział cicho i potulnie jak baranek.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.