Chciała go zapytać jak mu udało się z jego marzeniem, ale nie zdążyła. Zobaczyła w jego oczach wściekłość, czystą furię, a zaraz potem stał blisko niej i trzymał mocno jej podbródek. Odsunęła się od niego patrząc na niego z wymalowanym szokiem na twarzy. Nie rozumiała o co mu chodziło, nie rozumiała dlaczego był taki wściekły? Uśmiech zniknął z jej twarzy, a potem usłyszała ciche przeprosiny. Nagle chłopak zaczął uderzać w ścianę z pięści i to jeszcze bardziej ją przeraziło, a może bardziej zmartwiło? Nie chciała, aby robił sobie krzywdę.
Wciągnęła gwałtownie powietrze i zbliżyła się do niego powoli, niepewnie, cicho jak kot, ostrożnie. Złapała jego ramię, aby się opamiętał, aby zwrócił na nią uwagę. Nie była na niego zła, nie była wściekła, była zmartwiona i cholernie smutna, ponieważ to było ich ostatnie spotkanie sam na sam, ponieważ to był ostatni dzień ich kontaktu. Już więcej mieli się nie widzieć, już więcej nie mieli rozmawiać, już więcej nie będzie dane im milczeć i nie chciała, aby on to zepsuł swoją wściekłością.
– Uspokój się, Rookwood! – uniosła głos, co do niej nie było podobne. Nigdy przy nim nie mówiła głośno. Zawsze mówiła cicho, spokojnie, bez emocji. Teraz była zdenerwowana i cholernie zmartwiona. Gdzieś w środku tlił się ten cholerny strach, że zrobi jej krzywdę. Jednak wiedziała, że nie zostanie mu dłużna.