16.07.2023, 22:55 ✶
Czułem wściekłość całym sobą. Drżałem. Byłem furią. Uderzałem raz za razem. Byłem niczym kometa pędząca w kierunku Ziemi. Pragnąłem zniszczyć wszystko na swojej drodze. Zabić wszystko, tak. Pragnąłem użyć do tego całego siebie. Zabić również siebie. Mknąłem na łeb, na szyję, nie myśląc o konsekwencjach...
A jak wytłumaczę rany na knykciach? Będzie pytał. A Avelina? Widzi właśnie we mnie kłębki słabości, którymi jestem wypełniony. Porażka za porażką. Byłem chory. Byłem zniewolony. Nie miałem nad sobą kontroli, której tak bardzo pragnąłem. Czemu nie mogłem jej mieć? Czemu nie mogłem być wszechmocny, niezłomny, wolny?
Zjeżyłem się, kiedy poczułem jej dotyk. Nie spodziewałem się tego. Nie słyszałem nawet tego, kiedy do mnie podeszła. Już skradała się niczym kot, kiedy ja trwałem wciąż w tym samym miejscu, nie czyniąc żadnych postępów. Byłem słaby. Byłem bezwartościowy. Byłem przegrywem.
Miałem wgrane w swojej głowie by spełniać posłusznie rozkazy, więc zatrzymałem się prawą pięścią w połowie drogi do ściany. Miałem pustkę w głowię. Nie chciałem myśleć. Nie chciałem czuć. Pragnąłem wyrwać sobie umysł wraz z sercem i złożyć je na dłoniach Aveliny Paxton. Niech zrobi z nimi, co chce. Mi lepiej żyłoby się bez nich.
Kiedy tak stałem i nie uderzałem w ścianę, kiedy zabronione było mi się wściekać, na scenę wchodził kolejny etap - bezradności i rozpaczy. Nikomu nie ukazywałem tej twarzy. Nie odważyłem się. Nawet wtedy, kiedy po raz pierwszy wpadłem na Avelinę... Nawet wtedy tego nie zrobiłem, a teraz stałem i starałem się nie być, byleby nie ujrzała we mnie tego Augustusa... Wróć, tego Rookwooda, który pochylał się nad swoim jestestwem i płakał. To dopiero było słabe. Brak kontroli a płaczliwość. Plasowałem się gdzieś na szarym końcu, daleko za Jęczącą Martą,
Oddychałem ciężko. Obawiałem się ruszyć, chociażby delikatnie drgnąć. Lepiej byłoby być półkrwi skrzatem. Rozkaż, a ja zrobię. Nie będę myślał ani rozważał. Będę robić to, co mi rozkażesz. Nie będę mieć praw. Będę nikim. Tylko twoim wiernym sługą. Zrobię to, co rozkażesz. Pójdę za tobą ślepo.
Opuściłem dłonie, patrząc na nie tępo. Próbowałem być silny, ale... Wciąż drżałem. To drżenie się przeistaczało.
A jak wytłumaczę rany na knykciach? Będzie pytał. A Avelina? Widzi właśnie we mnie kłębki słabości, którymi jestem wypełniony. Porażka za porażką. Byłem chory. Byłem zniewolony. Nie miałem nad sobą kontroli, której tak bardzo pragnąłem. Czemu nie mogłem jej mieć? Czemu nie mogłem być wszechmocny, niezłomny, wolny?
Zjeżyłem się, kiedy poczułem jej dotyk. Nie spodziewałem się tego. Nie słyszałem nawet tego, kiedy do mnie podeszła. Już skradała się niczym kot, kiedy ja trwałem wciąż w tym samym miejscu, nie czyniąc żadnych postępów. Byłem słaby. Byłem bezwartościowy. Byłem przegrywem.
Miałem wgrane w swojej głowie by spełniać posłusznie rozkazy, więc zatrzymałem się prawą pięścią w połowie drogi do ściany. Miałem pustkę w głowię. Nie chciałem myśleć. Nie chciałem czuć. Pragnąłem wyrwać sobie umysł wraz z sercem i złożyć je na dłoniach Aveliny Paxton. Niech zrobi z nimi, co chce. Mi lepiej żyłoby się bez nich.
Kiedy tak stałem i nie uderzałem w ścianę, kiedy zabronione było mi się wściekać, na scenę wchodził kolejny etap - bezradności i rozpaczy. Nikomu nie ukazywałem tej twarzy. Nie odważyłem się. Nawet wtedy, kiedy po raz pierwszy wpadłem na Avelinę... Nawet wtedy tego nie zrobiłem, a teraz stałem i starałem się nie być, byleby nie ujrzała we mnie tego Augustusa... Wróć, tego Rookwooda, który pochylał się nad swoim jestestwem i płakał. To dopiero było słabe. Brak kontroli a płaczliwość. Plasowałem się gdzieś na szarym końcu, daleko za Jęczącą Martą,
Oddychałem ciężko. Obawiałem się ruszyć, chociażby delikatnie drgnąć. Lepiej byłoby być półkrwi skrzatem. Rozkaż, a ja zrobię. Nie będę myślał ani rozważał. Będę robić to, co mi rozkażesz. Nie będę mieć praw. Będę nikim. Tylko twoim wiernym sługą. Zrobię to, co rozkażesz. Pójdę za tobą ślepo.
Opuściłem dłonie, patrząc na nie tępo. Próbowałem być silny, ale... Wciąż drżałem. To drżenie się przeistaczało.