Sauriela zdolności do dramatyzowania i rozbabrywania rzeczy mogły być prawie legendarne. Całe więc szczęście, że chociaż ona tutaj była rozsądkiem. Rozsądek też potrafił zostać jednak przyćmiony. Wtedy maszyna przestawała działać. Trybiki zamiast współpracować przeskakiwały się. Wytarte. Niezdatne do użytku. Lub zacinały. Naoliw albo wymień, zrób cokolwiek, żeby pozwolić tej pozytywce grać dalej. Z muzyką świat zawsze był łatwiejszy do zniesienia. Regulator jechał wyżej, świat zaś - niżej. Nie musiałeś słuchać tego, co mówią z zewnątrz, jeśli w środku było dobrze.
I on nie był też osobą, która lubiła wszystko przegadać. Czy naprawdę mu nie zależało na tym, co ona o nim myśli? W tym momencie, gdy to mówił, oczywiście, że nie. Kiedyś próbował pokazywać się ludziom z innej strony, ale uważał, że wyszedł na tym tylko źle. Potem przestał próbować walczyć z pierwszymi wrażeniami, a w końcu dojrzało to do takiego stopnia, gdzie zostawiasz obraz takim, jakim jest. Niech ludzie patrząc tylko na kolor i sposób malunku oceniali. Nie muszą rozumieć, nie muszą znać przesłania, nie muszą wchodzić w niczyje buty. Czarnowłosy też w większości przestał to robić względem większości. Pozostawały pojedyncze osoby, którymi nadal się interesował i był w stanie poświęcić im cokolwiek więcej ponad krótkie "spierdalaj". Tak, Victoria była tą osobą, której poświęcał w zasadzie najwięcej. Więcej nawet od osób, które wielkimi słowy można nazwać przyjaciółmi.
- Tak. - Wiedział, że chciała dobrze. I to nie tak, że krzywdziła. Nie ona sama w sobie... - Jesteś kimś, na kim mi zależy. Wyciągasz ze mnie to, co najlepsze. A to wszystko po prostu nie ułatwia mi życia. Tak po prostu. - Jak bardzo dziwnie to brzmiało, jak bardzo pokrętnie, wiedział tylko on sam. I chociaż bardzo by chciał jej to wytłumaczyć to nie był w stanie. To znaczy - był. Tylko czy to by nie było za dużo? Byłoby. Nie była głupia, miała jakiś mizerny obraz tego, że nie było dobroci w jego codziennym życiu, że on daleki był od dobrego gościa. Teraz się o tym na pewno przekonała, kiedy wystartował do niej z łapami. Żałował. Oczywiście, że nie mogło to zniknąć od tak, że tego nie zmaże jedno słowo. A w jego głowie była wątpliwość. Bo skoro zrobił to raz to czy... następnym razem będzie gorzej? - Wiem, że nie chcesz. Lubię cię, Viki. Naprawdę bardzo cię lubię. - Tylko... czemu to lubienie musi być takie ciężkie? Nie bez powodu Sauriel odciął się zupełnie od ludzi, z którymi się przyjaźnił, z którymi się lubił, od ludzi, z którymi spędzał czas. Jasne, teraz trochę do tego wrócił. Bo wariował w tej samotności, nie potrafił tak. Ale trzymał dystans. Bardzo duży dystans. Tymczasem Victoria chciała być tylko coraz bliżej i... no była. Siłą rzeczy była. - Ale to nie jest książka. Tu nie będzie żadnego szczęśliwego zakończenia. Ze mną nie będzie lepiej. Jestem popsuty. Nie da się mnie naprawić. Jestem... do niczego. - Narzędzie, które było zepsute, było wyrzucane. A jeśli on się popsuje do końca... co się wtedy z nim stanie? Czy właśnie to? Święty spokój. - Nie chcę cię zabierać na drogę na złomowisko. Jesteś jedną z najlepszym osób, jakie spotkałem. - Była taka miła, taka troskliwa, taka ciepła. Nadal pamiętał to miłe uczucie, jakby poczuł na ciele znowu promienie słońca. Nie zapomni go nigdy. I na zawsze będzie wdzięczny. Przynajmniej taką miał nadzieję. "Na zawsze" było bardzo kruchym tworem, gdy twoja dusza się rozpadała.
- Nie do końca. Nie w taki sposób. Nie miałem wiele przeciwko temu. - Nie dało się zapomnieć, oj nie. Ale też to było zupełnie coś innego. Przynajmniej w jego odczuciu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.