Słyszała jak załamywał mu się głos, więc jeszcze mocniej go przytuliła, aby nie patrzeć na jego twarz. Nie chciała widzieć jego łez, nie chciała znać go od tej strony, nie chciała widzieć go ludzkim. Miał być lwem, bestią, która łapie wszystko czego chce, który żąda i otrzymuje. Ona miała spełniać jego żądania i tak mieli egzystować, a dziś? Dziś nie miała poznawać jego słabszej strony, tej wrażliwej, tej ludzkiej. Miała zerwać tę znajomość, miała iść dalej, on miał ją zabić w swoim sercu i pamięci, zakopać głęboko pod ziemią. Mieli się po prostu pożegnać, rozstać i powiedzieć sobie, że już nigdy się nie spotkają. On pójdzie swoją ścieżką, a ona swoją i nie będą sobie wadzić, mącić w głowach niczym trucizny, które mogła dla nich uwarzyć.
Zamiast tego czuła jak jego łzy wchłaniają się w jej włosy, jak ją mocno przytula i jak szepta drżącym głosem przepraszając ją za słabości. Nie powinien jej przepraszać, nie powinien prosić o wybaczenie, powinien ją zrugać, zdeptać jak robaka, aby było jej łatwiej zapomnieć. Było jej jednak tak cholernie przyjemnie, gdy czuła jego ciepło, gdy ściskał ją tak jak nikt nigdy. Jego ramiona były potężne, silne, oplatające ją jak macki, które miały za zadanie zniszczyć ją w środku jeszcze bardziej, które miały zabić w niej logiczne myślenie i chęć urwania tej znajomości. Było jej ciężko, serce pękało, gdy słyszała jego załamanie w głosie, gdy czuła jego łzy, które ją moczyły. Ciężko jej się oddychało, była taka słaba, taka rozdarta.
Chciała go odciąć nożyczkami, to wydawało się tak cholernie proste. Łapiesz to niepozorne narzędzie i odcinasz Rookwooda ze swojego życia, a on zrobił całkowicie coś innego niż od niego oczekiwała, ale kiedyś sama mu powiedziała, że nie można mieć wszystkiego, czego się oczekuje. Była taka głupia. Sama miała ochotę zapłakać, ale musiała być silna, musiała mu pokazać… co? Co chciała mu pokazać? Że jest silniejsza? Że on jest słaby? Że go nie potrzebuje? Miała być tą okrutną, która wycina tę znajomość z ich życia?
Nie potrafiła. Nie teraz, gdy ten się przed nią rozkleił. Czuła, że tego potrzebował, więc trwała przy nim, przytulała najmocniej, najlepiej, tylko jego. Tak robili przyjaciele, prawda? Był jej przyjacielem?
– Nie przepraszaj – odszepnęła mu cicho niepewnie się od niego odchylając, aby spojrzeć mu w zapłakane oczy. Takie piękne oczy, takie ciepłe, takie dobre. Zawsze pokazywał, że jest podły, że jest zły, ale oczy zawsze były dobre i cierpiące. – Nie zapamiętam, Rookwood – dodała cicho – chciałabym… chciałabym nas zapomnieć… – dodała jeszcze ciszej drżącym głosem od emocji, które w niej obudził.