17.07.2023, 20:25 ✶
Romanse przedstawiały rozstania jako coś trudnego. Najwyraźniej nijak to się miało z rzeczywistością, gdyż poza fikcją literacką było o miliard razy gorzej.
Zadrżałem ponownie. Słowa Aveliny uświadomiły mi, że miało miejsce coś jeszcze gorszego aniżeli mój powrót do domu i zesłanie na wieczną łaskę swego ojca trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Było coś gorszego, czego nie przemyślałem, co ewidentnie odpychałem od siebie. Jak zawsze, zresztą. Gdzieś tam tliło się to w mojej głowie, może również sprowokowało wściekłość i rozpacz, ale nie ujawniało się. Tliło się z tyłu. Istniało, ale tylko obserwowało.
Moje uczucia do Aveliny Paxton zawsze były spychane do trzeciego rzędu. Udawałem, że nie istnieją, ale... Ale... Ale wraz z tym dniem miałem utracić koleżankę, przyjaciółkę, kochankę, ukochaną. Wszystko niedoszłe, od zawsze niedopowiedziane, mające się urwać. To ta przepaść. Zbliżyliśmy się do niej.
Nie chciałem jej zapominać. Chciałbym pamiętać ją już na zawsze. Patrzyłem na nią zapłakanymi oczyma. Otarłem je dłońmi by lepiej widzieć Avelinę. Przyjrzałem się jej oczom, policzkom, ustom, szczególnie tym spękanym wargom, burzy brązowych włosów. Przeze mnie sama miała łzy w oczach. Tliły się tam. Oboje byliśmy słabi, skryci za grubą skorupą z dumy, buty i polotu. Czemu to sobie robiliśmy przez te lata? Czemu...
Nie mogliśmy być jednym, no tak. Przełknąłem ciężko tę myśl i ująłem jej twarz w swoje dłonie. Przedtem otarłem je o białą koszulę. Wyglądało to tak, jakbym się przygotowywał do chwytania jej łez. Ja tylko chłonąłem. Chciałem ją pamiętać. Już na zawsze.
Otwierałem usta by jej o tym powiedzieć, że ją zapamiętam, ale się powstrzymałem. Lepiej dla niej, gdybym ją zapomniał, wymazał jej nazwisko ze swojej głowy, wspomnienie jej warg, zadartego do góry nosa, upartości.
Uśmiechnąłem się, co prawda z żalem, ale przynajmniej się starałem wykrzesać z siebie coś... pozytywnego?
- Chyba nie zniżysz się do poziomu Rookwooda, Avelino? - zakpiłem sobie z niej, z siebie, z nas. Powinniśmy zakończyć tę znajomość tak, jak ją zaczęliśmy, a nie płacząc? Jaka to by była puenta? Jakież ckliwe zakończenie? - Nawet romansidła nie kończą się tak żałośnie - dodałem, jak gdybym chociaż je czytał. Poniekąd się do tego przyznałem, ale różne księgi wpadały mi w ręce. Niektóre z repertuaru siostry, ale niektóre historie mogły zainspirować! Tak na mą obronę.
Zadrżałem ponownie. Słowa Aveliny uświadomiły mi, że miało miejsce coś jeszcze gorszego aniżeli mój powrót do domu i zesłanie na wieczną łaskę swego ojca trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Było coś gorszego, czego nie przemyślałem, co ewidentnie odpychałem od siebie. Jak zawsze, zresztą. Gdzieś tam tliło się to w mojej głowie, może również sprowokowało wściekłość i rozpacz, ale nie ujawniało się. Tliło się z tyłu. Istniało, ale tylko obserwowało.
Moje uczucia do Aveliny Paxton zawsze były spychane do trzeciego rzędu. Udawałem, że nie istnieją, ale... Ale... Ale wraz z tym dniem miałem utracić koleżankę, przyjaciółkę, kochankę, ukochaną. Wszystko niedoszłe, od zawsze niedopowiedziane, mające się urwać. To ta przepaść. Zbliżyliśmy się do niej.
Nie chciałem jej zapominać. Chciałbym pamiętać ją już na zawsze. Patrzyłem na nią zapłakanymi oczyma. Otarłem je dłońmi by lepiej widzieć Avelinę. Przyjrzałem się jej oczom, policzkom, ustom, szczególnie tym spękanym wargom, burzy brązowych włosów. Przeze mnie sama miała łzy w oczach. Tliły się tam. Oboje byliśmy słabi, skryci za grubą skorupą z dumy, buty i polotu. Czemu to sobie robiliśmy przez te lata? Czemu...
Nie mogliśmy być jednym, no tak. Przełknąłem ciężko tę myśl i ująłem jej twarz w swoje dłonie. Przedtem otarłem je o białą koszulę. Wyglądało to tak, jakbym się przygotowywał do chwytania jej łez. Ja tylko chłonąłem. Chciałem ją pamiętać. Już na zawsze.
Otwierałem usta by jej o tym powiedzieć, że ją zapamiętam, ale się powstrzymałem. Lepiej dla niej, gdybym ją zapomniał, wymazał jej nazwisko ze swojej głowy, wspomnienie jej warg, zadartego do góry nosa, upartości.
Uśmiechnąłem się, co prawda z żalem, ale przynajmniej się starałem wykrzesać z siebie coś... pozytywnego?
- Chyba nie zniżysz się do poziomu Rookwooda, Avelino? - zakpiłem sobie z niej, z siebie, z nas. Powinniśmy zakończyć tę znajomość tak, jak ją zaczęliśmy, a nie płacząc? Jaka to by była puenta? Jakież ckliwe zakończenie? - Nawet romansidła nie kończą się tak żałośnie - dodałem, jak gdybym chociaż je czytał. Poniekąd się do tego przyznałem, ale różne księgi wpadały mi w ręce. Niektóre z repertuaru siostry, ale niektóre historie mogły zainspirować! Tak na mą obronę.