17.07.2023, 21:10 ✶
Przyznałbym jej całkowitą rację, gdybym tylko znał jej myśli. Zabijałem siebie od wewnątrz, gruchotałem naszą relację od samego początku i niszczyłem pożegnanie, które mogło być przecież wymianą kilku kąśliwych uwag. Zamiast tego staliśmy tu i się rozklejaliśmy, nieświadomie odsłaniając przed sobą wzajemnie nasze serca. Może serio powinienem swoje złapać w ręce i zapakować je dla Aveliny w karton. Tak na wynos. Pamiętajmy, że byłoby mi lżej.
Wpatrywałem się w jej oczy i widziałem... Miałem przynajmniej takie wrażenie, że widziałem w niej to wszystko, co też sam czułem. Poniekąd. Znalazłoby się tam jeszcze więcej, mniej i bardziej pięknych myśli. Byłem tego pewien. Jak mogłem doprowadzić do tak beznadziejnej sytuacji, robiąc jej to, co robiłem... Powinniśmy być sobie obojętnie. Przecież taki był plan!
Ale nie mogłem być względem niej obojętny, szczególnie kiedy widziałem te zaszklone oczy, kiedy dostrzegałem jej ból. Poczułem sam pustkę, kiedy osunęła się ode mnie. Nie chciałem tego. To nie było na miejscu. Bardziej naturalnie czułem się, kiedy była blisko mnie, co było swoją drogą niesamowicie abstrakcyjne. Nie powinienem się czuć przy niej tak na miejscu. Pieprzona PAXTON...
Zamiast jednak ją wyzywać, wolałem ją pocieszyć. Pragnąłem odwdzięczyć się za to, co ona chwilę temu zrobiła dla mnie. Mleko się rozlało... Nie mogliśmy na to nic poradzić.
- Nasz plan się rozsypał - zauważyłem, otwierając swoje ramiona na nią. Może też byłem w tej chwili poniekąd egoistą, bo chciałem chłonąć więcej jej bliskości i ciepła. Poryta sprawa. Postąpiłem tych kilka kroków w jej kierunku i znowu byliśmy blisko. Zamknąłem ją w swoich ramionach. Teraz już nie miała opcji by się wyrwać, chyba że zadałaby mi ból. Była do tego zdolna. Zapłakana czy nie, ale miałem przeogromną nadzieję, że schowa na chwilę swoje pazurki.
- Nie wiem, jak możemy z tego wybrnąć, ale... nie chcę byś płakała - szepnąłem do niej, głaszcząc ją po plecach. Nie miałem pojęcia, czy to dopuszczalne w przytulasach, ale wydawało mi się czymś na miejscu. Może gdzieś to wyczytałem? Najpewniej. - Może złożymy sobie obietnicę? Coś, czego nigdy przenigdy nie złamiemy? - zaproponowałem, choć nie miałem zielonego pojęcia, jak mogłaby brzmieć taka obietnica ani co zawierać.
Wpatrywałem się w jej oczy i widziałem... Miałem przynajmniej takie wrażenie, że widziałem w niej to wszystko, co też sam czułem. Poniekąd. Znalazłoby się tam jeszcze więcej, mniej i bardziej pięknych myśli. Byłem tego pewien. Jak mogłem doprowadzić do tak beznadziejnej sytuacji, robiąc jej to, co robiłem... Powinniśmy być sobie obojętnie. Przecież taki był plan!
Ale nie mogłem być względem niej obojętny, szczególnie kiedy widziałem te zaszklone oczy, kiedy dostrzegałem jej ból. Poczułem sam pustkę, kiedy osunęła się ode mnie. Nie chciałem tego. To nie było na miejscu. Bardziej naturalnie czułem się, kiedy była blisko mnie, co było swoją drogą niesamowicie abstrakcyjne. Nie powinienem się czuć przy niej tak na miejscu. Pieprzona PAXTON...
Zamiast jednak ją wyzywać, wolałem ją pocieszyć. Pragnąłem odwdzięczyć się za to, co ona chwilę temu zrobiła dla mnie. Mleko się rozlało... Nie mogliśmy na to nic poradzić.
- Nasz plan się rozsypał - zauważyłem, otwierając swoje ramiona na nią. Może też byłem w tej chwili poniekąd egoistą, bo chciałem chłonąć więcej jej bliskości i ciepła. Poryta sprawa. Postąpiłem tych kilka kroków w jej kierunku i znowu byliśmy blisko. Zamknąłem ją w swoich ramionach. Teraz już nie miała opcji by się wyrwać, chyba że zadałaby mi ból. Była do tego zdolna. Zapłakana czy nie, ale miałem przeogromną nadzieję, że schowa na chwilę swoje pazurki.
- Nie wiem, jak możemy z tego wybrnąć, ale... nie chcę byś płakała - szepnąłem do niej, głaszcząc ją po plecach. Nie miałem pojęcia, czy to dopuszczalne w przytulasach, ale wydawało mi się czymś na miejscu. Może gdzieś to wyczytałem? Najpewniej. - Może złożymy sobie obietnicę? Coś, czego nigdy przenigdy nie złamiemy? - zaproponowałem, choć nie miałem zielonego pojęcia, jak mogłaby brzmieć taka obietnica ani co zawierać.