Zegar tykał, wyznaczał sekundy tej chwili, ulotnej, słabej, zranionej. Bała się tego, co będzie gdy ją puści, bała się, tego co będzie jak pójdą do pociągu. On już tu nigdy nie wróci, a ona jeszcze przez najbliższe trzy lata będzie zamknięta w tym zamku, będzie wracać do miasta na dwa miesiące w roku, ale nie będzie dane jej go spotkać, nie będzie dane powkurzać. Najbardziej bała się tego, że gdy wróci tu po wakacjach nie będzie potrafiła odnaleźć się na korytarzach bez jego obecności, bez jego uśmiechu tak cholernie wkurzającego, wrednego i czarującego. Bała się być tu sama, wiedziała, że patrzenie na korytarze bez niego będzie ją cholernie bolało. Wiedziała, że przesiadywanie w wielkiej sali bez jego spojrzeń będzie cholernie ją krzywdziło.
Pytanie, które zadał poszło w eter, bo mu nie odpowiedziała. Jasne, że nie chciała, aby przyrzekał, ale musiał. Musiał obiecać, że to koniec. Gdy ją puścił poczuła chłód, jak coś roztrzaskuje ją na drobne kawałki. Odsunęła się od niego twardo uderzając w ścianę naprzeciwko niego plecami. Oparła o nią tył głowy i spojrzała w sufit powstrzymując łzy. Nie patrzyła na niego. Tak było łatwiej, tak było lżej. Nie chciała widzieć jego oczu, bo bała się, że zrobi coś złego. Otarła wierzchem szaty twarz z łez, aby ją osuszyć. Czuła jak nowe pojawiają się w jej oczach, więc znowu powtórzyła czynność. Cisza. Tylko to im pozostało. Milczenie i nie wypowiadanie tych słów, których żadne z nich nie chciało usłyszeć.
W końcu spojrzała na niego, odbiła się od ściany, podeszła do niego szybko, bez ostrzeżenia, niespodziewanie. Ucałowała jego policzek szepnęła ciche żegnaj, a potem odsunęła się od niego jeszcze szybciej i zaczęła biec w głąb korytarza oddalając się od niego, brnąc do wyjścia z lochów, aby wybić się na gwarny korytarz, gdzie każdy zbierał się ze swoimi rzeczami, aby zająć najlepsze miejsca w powozach.
To co widziała tutaj było całkowitym przeciwieństwem tego, co przeżyła w tamtym korytarzu. Czy tego dnia ktoś złamał jej serce?