04.11.2022, 15:33 ✶
Byłoby wdzięczne, moglibyśmy się nauczyć o nich czegoś nowego.
Nie, Theseus, za dużo tym myślisz. W kontekstach, które nie powinny być nawet Twoim udziałem. Taka jest natura rzeczy. Przetrwa najsilniejszy. A jeśli nie on, to najsprytniejszy. Dobór naturalny zawsze będzie lepszy od sztucznego, powoli łamiąc założenia jajogłowych naiwniaków.
Za dużo o tym myślisz, Theseus.
Przetarł twarz dłonią, opadł na krzesło. Dopiero po chwili zauważył co jej zrobił. I w myślach skarcił się za to od razu, na zewnątrz utrzymując jako taki spokój. Nie powinien był wypluwać tych słów, które przed chwilą padły. Co byś zrobił w innym wypadku? Uciekł, jak własny ojciec? A może zapadał się dzień po dniu, gnił w poczuciu tego niewyartykułowanego niezrozumienia? Problem w tym, że ono niezrozumienie rozpoczynało się w nim samym. On sam w sobie wydrapał tę piekącą dziurę w klatce piersiowej a wokół wybudował mury, przez których szczeliny zaglądało tylko parę osób.
A Geraldine ubrudziła się zaprawą murarską, próbując przedostać się do jego małego podwórka.
Pochylił się do przodu po raz kolejny. Wyciągnął tym razem dłoń, aby zatrzymać przyjaciółkę od schowania papierośnicy na swoje miejsce. Różane ciasto miało wymieszać się smakiem i zapachem z szorstkim i kwaśnym tytoniem.
- Przepraszam. – powiedział odsuwając się z wahaniem. Bawił się papierosem w dłoni jeszcze chwilę zadumany.
Bał się, że mimo wszystko byłby w stanie po prostu wszystkich zostawić. Martwiłby się o wszystkich bliskich którzy jeszcze mu pozostali w takim samym stopniu a może nawet i większym jak na co dzień. Ale koniec końców nie zawahałby się uciec. Tak jak uciekał jego ojciec. Tego nie mógł już powiedzieć na głos. Bał się, że choć nie chciał tego uznać za prawdę, prędzej czy później taką by się okazała.
- Nie o to mi chodziło. – pokręcił głową. Włoży papierosa do ust a dłonie do kieszeni płaszcza, w poszukiwaniu zapalniczki. – Nie wiem, jak to ująć. – Chociaż tym razem nie kłamał. – Ale poczekaj… jak sobie to wyobrażasz…? – zmarszczył brwi, ona doskonale wiedziała, że jest zmieszany.
Nie, Theseus, za dużo tym myślisz. W kontekstach, które nie powinny być nawet Twoim udziałem. Taka jest natura rzeczy. Przetrwa najsilniejszy. A jeśli nie on, to najsprytniejszy. Dobór naturalny zawsze będzie lepszy od sztucznego, powoli łamiąc założenia jajogłowych naiwniaków.
Za dużo o tym myślisz, Theseus.
Przetarł twarz dłonią, opadł na krzesło. Dopiero po chwili zauważył co jej zrobił. I w myślach skarcił się za to od razu, na zewnątrz utrzymując jako taki spokój. Nie powinien był wypluwać tych słów, które przed chwilą padły. Co byś zrobił w innym wypadku? Uciekł, jak własny ojciec? A może zapadał się dzień po dniu, gnił w poczuciu tego niewyartykułowanego niezrozumienia? Problem w tym, że ono niezrozumienie rozpoczynało się w nim samym. On sam w sobie wydrapał tę piekącą dziurę w klatce piersiowej a wokół wybudował mury, przez których szczeliny zaglądało tylko parę osób.
A Geraldine ubrudziła się zaprawą murarską, próbując przedostać się do jego małego podwórka.
Pochylił się do przodu po raz kolejny. Wyciągnął tym razem dłoń, aby zatrzymać przyjaciółkę od schowania papierośnicy na swoje miejsce. Różane ciasto miało wymieszać się smakiem i zapachem z szorstkim i kwaśnym tytoniem.
- Przepraszam. – powiedział odsuwając się z wahaniem. Bawił się papierosem w dłoni jeszcze chwilę zadumany.
Bał się, że mimo wszystko byłby w stanie po prostu wszystkich zostawić. Martwiłby się o wszystkich bliskich którzy jeszcze mu pozostali w takim samym stopniu a może nawet i większym jak na co dzień. Ale koniec końców nie zawahałby się uciec. Tak jak uciekał jego ojciec. Tego nie mógł już powiedzieć na głos. Bał się, że choć nie chciał tego uznać za prawdę, prędzej czy później taką by się okazała.
- Nie o to mi chodziło. – pokręcił głową. Włoży papierosa do ust a dłonie do kieszeni płaszcza, w poszukiwaniu zapalniczki. – Nie wiem, jak to ująć. – Chociaż tym razem nie kłamał. – Ale poczekaj… jak sobie to wyobrażasz…? – zmarszczył brwi, ona doskonale wiedziała, że jest zmieszany.