18.07.2023, 20:26 ✶
Zapomnę - pocieszałem się złudnie, kłamiąc własnym myślom i emocjom. Przecież Avelina Paxton kompletnie nic nie znaczyła. Była nikim. Dlatego miałem zapomnieć. Była nikim. Była pierwszym lepszym dziewczęciem, które napatoczyło się w szkole, nie dawało spokoju i tylko ciągle dokuczało, jak gdyby nie miało żadnych innych, bardziej produktywnych rzeczy do roboty. Ale to koniec. I to dobrze. Teraz mój spokój będzie niezmącony. Będzie wszystko w jak najlepszym porządku. Doskonale, czyż nie?
A mimo to czułem gorycz oraz rozpad. Niechybnie umierałem. Przeklinałem siebie, że pozwoliłem sobie na doprowadzenie się do tego stanu, jednocześnie obiecując sobie, że coś podobnego już nigdy nie nastąpi. Żadna dziewczyna nie namiesza mi w głowie. Będę wolny od mimozowatych rozterek. Teraz będzie tylko praca i samodoskonalenie. Nic więcej. Utonę w swoich pasjach.
Zrobię to, kiedy tylko zniknie ten ból. Nie byłem w stanie nic teraz zdziałać. Potrzebowałem to przetrwać, przejść żałobę i zapomnieć. Potrzebowałem czasu. Dokładnie tak to zrobię. Wedle schematów specjalistów.
Byłem jak sparaliżowany, kiedy ona zdobyła się na drobne pożegnanie. Zacisnąłem jeszcze mocniej wargi, kiedy jej usta spoczęły na moim policzku. Cichy szept, ledwo słyszalny dotarł do mych uszu, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć. Nie byłem pewien, czy potrafiłem w tej chwili się poruszyć. O zgrozo, ewidentnie smarkata dziewczyna była bardziej dojrzała i poukładana aniżeli ja, ale... nie potrafiłem być w tej chwili wystarczająco silny, wystarczająco odporny, wystarczająco dobry.
Uciekła. Zniknęła. Już jej nie było.
Cisza zaczęła być uciążliwa, przejmująca. Nie potrafiłem jej znieść, więc wrzasnąłem na cały głos i przypierdoliłem jeszcze ze dwa razy w ścianę. Bolały mnie ręce. Bolało mnie serce. Wszystko mnie bolało. Czułem się chory. Postępowało. Umrę... Jak nic umrę!
Najgorsze było jednak to, że musiałem doprowadzić się do porządku by wsiąść do pociągu, udawać zadowolonego i potem dotrzeć do domu, a tam... Być odpowiednim, stabilnym emocjonalnie synem swoich rodziców. Chuj. Postanowiłem poczekać aż odnajdzie mnie Vespera. W końcu to zrobi, więc zsunąłem się na posadzkę i udawałem, że byłem tą wkurwiającą ciszą. Nie byłem namacalny. Nie było mnie tu. Niczego tu nie było.
A mimo to czułem gorycz oraz rozpad. Niechybnie umierałem. Przeklinałem siebie, że pozwoliłem sobie na doprowadzenie się do tego stanu, jednocześnie obiecując sobie, że coś podobnego już nigdy nie nastąpi. Żadna dziewczyna nie namiesza mi w głowie. Będę wolny od mimozowatych rozterek. Teraz będzie tylko praca i samodoskonalenie. Nic więcej. Utonę w swoich pasjach.
Zrobię to, kiedy tylko zniknie ten ból. Nie byłem w stanie nic teraz zdziałać. Potrzebowałem to przetrwać, przejść żałobę i zapomnieć. Potrzebowałem czasu. Dokładnie tak to zrobię. Wedle schematów specjalistów.
Byłem jak sparaliżowany, kiedy ona zdobyła się na drobne pożegnanie. Zacisnąłem jeszcze mocniej wargi, kiedy jej usta spoczęły na moim policzku. Cichy szept, ledwo słyszalny dotarł do mych uszu, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć. Nie byłem pewien, czy potrafiłem w tej chwili się poruszyć. O zgrozo, ewidentnie smarkata dziewczyna była bardziej dojrzała i poukładana aniżeli ja, ale... nie potrafiłem być w tej chwili wystarczająco silny, wystarczająco odporny, wystarczająco dobry.
Uciekła. Zniknęła. Już jej nie było.
Cisza zaczęła być uciążliwa, przejmująca. Nie potrafiłem jej znieść, więc wrzasnąłem na cały głos i przypierdoliłem jeszcze ze dwa razy w ścianę. Bolały mnie ręce. Bolało mnie serce. Wszystko mnie bolało. Czułem się chory. Postępowało. Umrę... Jak nic umrę!
Najgorsze było jednak to, że musiałem doprowadzić się do porządku by wsiąść do pociągu, udawać zadowolonego i potem dotrzeć do domu, a tam... Być odpowiednim, stabilnym emocjonalnie synem swoich rodziców. Chuj. Postanowiłem poczekać aż odnajdzie mnie Vespera. W końcu to zrobi, więc zsunąłem się na posadzkę i udawałem, że byłem tą wkurwiającą ciszą. Nie byłem namacalny. Nie było mnie tu. Niczego tu nie było.
Koniec sesji