Niektórzy ludzie po prostu kochali brzmienie swojego głosu. Sauriel zaliczał się do tych rzadkich przypadków osób, które nie psioczyły na swój głos, a wręcz przeciwnie - bardzo arogancko uważał, że miał głos dobry. Trochę przepalony, trochę przepity. Ale jak się postarał to nawet potrafił wyjść z tego mrukliwego tonu i wysławiać się jak na porządnego, angielskiego obywatela przystało. Czy ta głupia gadka miała jednak cel? No oprócz tego, żeby pogadać, to nie. Miał prawo zachować milczenie i miał prawo popierdolić trochę głupot. Więc korzystał z tego ostatniego. Po bardzo szybkiej kalkulacji tego, co faktycznie może mu grozić, kiedy zostanie już zabrany. Dostał wstępny rachunek od Brenny i to by się zgadzało, a jeśli uwzględnić okoliczności łagodzące - ewentualne - takie jak fakt, że to nie był wcale atak na niewinnego obywatela... Wiele to nie zmieni, ale jaka satysfakcja! Miał szczerą nadzieję, że jednak Will nie pobiegnie w siną dal i nie zacznie teraz skakać po łące, tylko faktycznie ktoś kolesia poszuka... bo że ten nie przyjdzie zeznawać - tego był pewien.
- Dobrze, własnoręcznie przyozdobię. - Przyobiecał, spoglądając na to, jak sznur związuje mu łapska. Zjeżył się trochę, nastroszył grzbiet, bo to, że sobie na to pozwolił i to, że formalnie nie uważał, żeby był z tego większy problem, nie oznaczało, że mu się to podobało. Skądże znowu. I to też dało się po nim zauważyć, jak się skrzywił, kiedy lina została dociśnięta do jego zimnej skóry. Ograniczona wolność, skrępowanie, wizja ciupy. Sauriel bał się tak prawdziwie chyba jednej - więzienia. To więzienie miało bardzo specyficzną formę w jego głowie, albo raczej - symboliczną twarz pewnego staruszka. Ale to nie istotne - istotne było to, że właśnie pani brygadzistka chciała go jednak wpakować do ciupy. I będą się działy rzeczy w miejscach, które w dalszym ciągu niekoniecznie musiały mu się podobać.
- Ale nie skorzystam z tego prawa, dziękuję za przypomnienie. - Uśmiechnął się szeroko do kobiety. Było oczywistym, że to wcale nie był szczery uśmiech pełen przyjaźni i stokrotek, ale takowego też pani służbistka nie oczekiwała. Pani z zepsutym dniem. Miała mieć przyjemny wieczór w karczmie, miała odbębnić swoje, spotkać informatora, może się napić i iść do domu. Skończyła z bólem i koniecznością zawijania do miejsca pracy. Żeby chociaż uścisk dłoni prezesa za to otrzymała... Niektórzy jednak tak mają, co? Po prostu nie mogą patrzeć, jak osobom obok dzieje się krzywda, skoro mają moc, żeby temu zapobiegać.
- William Wacher. I nie jest moim przyjacielem, tylko trucicielem. Słyszałem, że było sporo przypadków halucynacji w uliczkach bogu winnych obywateli... Może warto się zainteresować, pani brygadzistko. - To rzucenie przynęty było tak słabe, że aż go bawiło. Tak na dobrą sprawę wcale by się nie zdziwił, gdyby zostało to pomięte, olane. Nie wiedział zupełnie, z kim ma do czynienia, a większość przedstawicieli władz miał jednak za takich, którzy odbębnią minimum i spierdalają do domu. O Brennie chwilowo wcale nie miał lepszego mniemania. Ale, nawet jak szansa była mała, że ta brygadzistka pójdzie Williama poszukać, to zawsze jakaś tam była. jakaś. Jakakolwiek.
Tak czy siak - pozwolił się grzecznie i bezproblemowo wyprowadzić. Chociaż ponaprężał mięśnie, próbując sobie zrobić więcej miejsca i luzu z tym sznurem...
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.