Będąc tu samemu nie zdecydowałby się na to spotkanie - spotkanie z gangiem "tych dobrych". Za dużo ryzyka, za wiele niepewnych, co z szatami i maską? Zostawić i liczyć na to, że z całą magią nie zostanie znalezione? Że potem nie zostaną połączone kropki? Bardzo wiele "ale" zbierało się pod jednym godłem - niebezpieczeństwa. Sauriel nie bał się śmierci, ale bycia uwięzionym już tak. Miejsca, gdzie niewiele możesz, gdzie według prawa masz odpokutować swoje grzechy i przemyśleć swoje niedobre zachowanie. To było gorsze niż wysłanie w domu do kąta przez rozgniewanego rodzica. Jednak nie był tutaj sam. Miał drugą głowę, która spisała się na medal i może teraz wylewnej wdzięczności po nim nie było słychać, to na prawdziwe podziękowania naprawdę przyjdzie jeszcze pora. Z drugiej strony gdyby nie Stanley to w ogóle nie skończyłby w takiej sytuacji...
I bardzo kurwa dobrze, że mógł zamknąć tutaj swoją niewyparzoną gębę i robić to, co jego zdaniem wychodziło mu najlepiej zaraz obok bycia kretynem - stanie. Stanie i robienie wrażenia - jakiego to już było kwestio sporno, jak to kuce z Bronxu głosiły. Stanley gadał i gadał, w dodatku, dzięki bogom, ta dwójka ewidentnie się znała, co wiele ułatwiało. W zasadzie to co Stanley teraz robił, że się znali? Oprócz tego, że pracował w Ministerstwie? Przemknęło pod czarnymi włosami to pytanie, ale naturalnie nie zostało zadane. Patrzył czujnie, uważnie i ostrożnie na grupę aurorów, brygadzistów, czy kimkolwiek w zasadzie byli. Aktualnie dla Sauriela to mogli być reniferami z zaprzęgu Mikołaja, nawet ich ilość się zgadzała. Chyba. Albo reniferów było 7..? Z Rudolfem na czele..?
- Nie żartuj sobie z tego pogrzebu. - Powiedział całkiem poważnie czarnowłosy, bo w zasadzie to tak - Śmierć zaglądała im w oczy. Niby wampiry można zabić tylko przez spalenie albo skuteczną dekapitację, ale z drugiej strony czy ktoś badał to na przykładzie... niewidzialnych stworzeń wysysających życie? Chyba nie? No i też Sauriel nie chciał być pierwszym obiektem doświadczalnym. Nawet jeśli śmierci się nie bał nie oznaczało to jeszcze, że aktywnie do niej dążył. CHoć to też było u niego dość niepewne. - Dzięki. Myślałem, że tu utkniemy... - Tak, tego się obawiał. Świtu. Tego, że będą tak biec i biec w nieznane i w końcu ich znajdzie i dogoni świt. I o ile Stanleyowi to nie przeszkadzało, tak dla Sauriela nie byłaby to za dobra nowina.
Ruszył ze Stanleyem za osobą, która miała ich stąd wyprowadzić, ciągle pomagając kumplowi.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.