- Skorzystam z sowy. - W zasadzie przy tej pogawędce, a przynajmniej tak to Sauriel nazywał w swojej głowie, z Brenną zdążył wyrobić sobie do tej kobiety minimalny szacunek. Zdziwiła go - pozytywnie. To, że liczył na zainteresowanie jeszcze w knajpie a to, że faktycznie zostało okazane jednak nie było tym, na co by stawiał w pierwszym rzędzie. To chyba była jakaś norma - "ci źli" mieli kiepskie mniemanie o "tych dobrych", "ci dobrzy" kiepsko myśleli o "tych złych", odwieczna walka, bla, bla... Świat był w końcu szarością. I wszystko było szare w życiu Sauriela. Po prostu większość placków tego rysunku miała bardzo dużo niebieskiego smutku i nieprzyjemnie ciemnych plam. Oczywiście to, że kogoś szanował to jedno. To, że kogoś lubił to jeszcze inna sprawa. Bo wrogów też potrafił szanować, a czy zmieniało to, że potem wbijał im kosę w żebra, tak przysłowiowo? No... nie. Natomiast szacunek bardzo wiele znaczył w tym świecie i zmieniał to, jak podchodziłeś do drugiej osoby, nawet jeśli nie zmieniało relacji, jaka została utworzona przed zaskarbieniem sobie tego bezcennego uczucia.
Co zaś zmieniło klimat tej rozmowy i reakcji Sauriela to jej ostatnie słowa. No tak, no przecież to też wiedział. A mimo to otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, jakby Brenna mu wyjawiła sekret, który miał całkowicie odmienić jego życie. Jakby otworzyła mu oczy, do tej pory szeroko zamknięte. Rozlepiła powieki, żeby szerokie były - ale otwarte na świat i jego prawdy, na proste rozwiązania. Och, jak bardzo chciał powiedzieć chcę. Jakie palące i nieznośne było to uczucie! Ale tylko rozchylił wargi i... uśmiechnął się.
- Jasne. Wiem. - Ale to nie był wcale miły uśmiech, bo Sauriel nie umiał udawać. Natomiast był faktycznie uprzejmy, dla odmiany. Nie jeden z tych cynicznych, jakich zdążył posłać tutaj wiele. Bo mimo, że Brenna całkowicie wypełniła swoej formułki, to to nie było czyste wyklepanie formalności. Chyba miał przed sobą pracoholiczkę, która musiała wszystkie sprawy, które dotknęła, dopiąć na ostatni guzik. A nie była nawet w swoim formalnym mundurze - to też wiele o niej świadczyło.
Czekał więc grzecznie. W końcu parę razy mocniej i bardziej nerwowo szarpnął tym, co już zaczynało go wkurwiać na jego własnych nadgarstkach i musiał się powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego. Albo i wielu głupich rzeczy, żeby nie pogarszać swojej sytuacji, która będzie nieciekawa. Ale nie przez to, że tutaj zostanie na ten dzień czy dwa. W końcu jednak Brenna wróciła, wyprowadziła go, a tam... no tak. W tych okolicznościach nie wysilił się nawet na uśmiech. I tak byłby wymuszony, sztuczny. Nie brało mu się na uśmiechanie, nawet jeśli dobrze ją było widzieć.
- Pani Longbottom poskarżyła mi, że połowa waszego zespołu zna prawo gorzej niż ja. Powinienem zrobić ci quiz? - Zwrócił się do Victorii.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.