Sauriel na szczęście dla samego siebie nie wyczuwał czegokolwiek z nastroju, jakie napadł obie panie. Nie był empatyczny - już nie. Im więcej czasu mijało tym bardziej nie. W każdym razie nie zwracał na nie teraz tak dużej uwagi, żeby przyuważyć coś w zmianie ich nastawienia, a Brenny nie znał wcale - była obcą osobą. Ciężko więc mówić o wyczuciu jakiejkolwiek zmiany. Ta rzucała się tylko w oczy przy tym, jak byli z Brenną sami, a jak teraz wyszli do ludzi. Do jednego człowieczka tak konkretniej ujmując i to znów takiego, który "łączył" obie strony. Choć dla Brenny w sposób kompletnie niespodziewany. Bo jednak to nie było tylko baletowe spotkanie, o jakie można było podejrzewać czystokrwistych. Zamiast więc wpadać w zakłopotanie to korzystał z tego, że jeszcze miał kogo słuchać i z kim gadać, więc prychnął słysząc odzywkę Brenny. Kompletnie się jej nie spodziewając tak po prawdzie. Z drugiej strony on też nie planował tak spuszczać z tonu. Victoria tutaj zmieniła ewidentnie całkiem dużo. Więc tak - śmiechnął.
- Nic nie poradzę, taki urok osobisty. - Smirknął. - Ależ pani Longbottom, prawdziwa męska przyjaźń zaczyna się od podbitego oka. Tylko trochę spudłowałem. - Wycenił, zerkając na nią. Chociaż to nie było dosłowne pudło. Brenna była dobra w tym, co robiła. A Sauriel chciał się na tyle wykazać przed Victorią, że nawet sobie darował kolejny świński żarcik, chociaż prawie widać było, jak tańczy mu to na ustach i w oczach, zanim przestał się uśmiechać półgębkiem i odwrócił wzrok przed siebie. - Nie mogę potwierdzić tego zdania. - Ale świadkowie wokół już mogli, natomiast Sauriel zasłaniał się tym, co zrobił William. I tak, zrobił to z pełną premedytacją i wcale nie był takim rycerzem walczącym o dobro innych ludzi, bo zły gościu rozpuszczał syf halucynogenny w powietrzu czy chuj wie co. Aaale o tym mogli rozmawiać w zaciszu domowym, a nie w Ministerstwie Magii. Tutaj Victoria była przedstawicielką prawa, a on był gościem, który zrobił awanturę w knajpie. Zaufanie dla niego nie miało tutaj nic do rzeczy, szczególnie kiedy szła obok nich osoba, która zajęła się tą sprawą. Nawet jeśli zostanie przekazana dalej.
- Dziękuję, jestem zachwycony. - Mruknął już bardzo chmurnie, podając ręce Brennie, żeby mogła go rozkuć i przemasował sobie nadgarstki. Nie dlatego, że stal była mocno zaciśnięta, ale i tak drażniły, przeszkadzały, Sauriel sobie więcej nimi krzywdy robił, niż one robiły naprawdę. Bo przeszkadzałyby mniej, gdyby się z nimi trochę nie szarpał. - Znowu? - Powiedział w tym samym momencie co Victoria, przez co spojrzał na nią na sekundę z zaskoczeniem, ale zaraz wrócił zaintrygowanym spojrzeniem do Brenny i zlustrował ją od góry do dołu wzrokiem. - Hmph, nie. Jestem odpowiedzialny za swoje czyny i nie narażałbym nikogo na popisy głodu. - Właściwie to była prawda. Ale o czym wiele osób nie wiedziało to to, że wampirzy głód nigdy nie gaśnie, nie ważne, ile wlejesz w siebie życia innych ludzi. On zawsze tam był - obecny i tylko rosnący. - Mi? Na pewno nie. Tobie? Jak najbardziej. - Naprostował słowa Victorii skierowane do niego apropo tego, co komu dobrze zrobi. - Wypatrujcie mnie piątego dnia o świcie. - Rzucił, zwalając się na coś, co od biedy można nazwać łóżkiem i ostentacyjnie ziewając.
I chociaż wątpliwe, żeby którakolwiek z pań czytała mugolskiego Władcę Pierścieni to ważne, że on wiedział, o co chodzi. W końcu własne żarty bawią najbardziej.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.