20.07.2023, 22:20 ✶
W oczach Pandory, Anglicy również byli trochę brudasami. Pomijając już błotnisty kolor wód Tamizy, to w parkach często walały się śmieci, a bezdomni śpiący w uliczkach potrafili załatwiać swoje potrzeby pod witrynami sklepów lub na środku parkingów. Zdawało się jej, że sprzątali tylko ścisłe centrum i okolice mugolskiego pałacu, bo tam było najwięcej turystów, a jak wiadomo, z nich największy zarobek. Jeziora i strumyki na Islandii, które miała okazję widzieć, były zbyt czyste, zbyt zadbane i kochane przez matkę naturę, aby w ogóle zniżać się do poziomu tutejszych zbiorników wodnych. Dlatego perspektywa, aby utopił ją tam, była znacznie lepsza. Na mruknięcie jedynie westchnęła, bo co innego pozostało, gdy się już na coś uparł? Często się z nią droczył, czasem miała wrażenie, że zaprzeczał lub mówił coś tylko dlatego, aby zrobić jej na przekór.
Ledwo wyszła z worka siostry, nie chciała wpadać w worek matki lub opiekunki, nawet jeśli faktycznie, czasem bywała przesadnie troskliwa. - Jak się nie będziesz czasem śpieszył, to Ci okazję w życiu pouciekają, tak jak z żelazem, które wystygnie. Jego już nie przerobisz bez ponownego rozgrzania, nie? Zdrowy rozsądek jest ważny, ale odrobina szaleństwa i spontaniczności to prawdziwy dar młodości, powinniśmy korzystać, dopóki możemy. - odparła uparcie, widocznie zupełnie się z nim nie zgadzając, ale może też trochę próbując go zachęcić, aby będąc w Wielkiej Brytanii, gdzie społeczeństwo nie było takie konserwatywne, pozwalał sobie na odrobinę więcej. Zanim zdążył mruknąć z niezadowoleniem, podsunęła mu pod nos kolejny widelec z porcją makaronu i kurczaka.
- Mówi się, że niezbadane są wyroki przeznaczenia i los plącze nićmi osoby, których zupełnie się nie spodziewamy w swoim życiu. Cieszę się jednak, że na Ciebie wpadłam lub raczej Ty mi spadłeś niedaleko.
Nie mogła powstrzymać śmiechu, gdy przed oczami pojawił się jej obraz Hjalmara lecącego z tego drzewa i robiącego hałas, chociaż wtedy jej nie było tak do śmiechu, szczególnie z toporem i kompletnym brakiem pomysłu, jak wyjść z tego lasu. Pokręciła głową, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu.
- Hmmm? Moja kuzynka chciała coś Ci zrobić za moimi plecami? - zapytała, przekręcając głowę na bok i ściągając brwi, a przez ułamek sekundy na twarzy Pandory pojawił się grymas jakiegoś niezadowolenia, który wymieszał się z odrobiną zazdrości. - Akane pewnie Ciebie też chciała zaciągnąć na poszukiwania inspiracji? Nawet jeśli nie jest w Twoim stylu, to i tak jest naprawdę śliczna i taka drobna! Zawsze będę jej broniła, tak już mam. Sporo razem przeszłyśmy, dużo mi pomogła.- wzruszyła bezradnie ramionami, bo faktycznie, Kana była kimś, na kim zawsze pomogła polegać w całym tym jej roztrzepaniu i rozpuście. Musiała mu jeszcze wyjaśnić, dlaczego zawsze umiała znaleźć w niej jakiś jasny, pozytywny punkt zaczepienia. Brunetka uśmiechnęła się jednak pod nosem znacznie delikatniej, bo widocznie brak Azjatki w tym rankingu jej trochę odpowiadał. Zawsze wydawała się jej znacznie ładniejsza niż ona sama. - Czy na Islandii, podczas Lithy i innych, sami nie jesteście dość rozpustni? Sam mówiłeś, że Twoi kompanii szukali towarzystwa na wieczór. Na weselu też zdawało mi się, że konserwatyzm i nieśmiałość, to poszła pod stół.
Zauważyła mimowolnie, podnosząc na niego zaciekawione spojrzenie.
Na jego słowa pokiwała głową, unosząc wolną dłoń i przesuwając po rozgrzanym policzku, westchnęła. Czasem dobrze, że bywał taki niedomyślny.
- Znamy się już tyle czasu, a Ty nadal się mnie tak wstydzisz, Niedźwiadku. - westchnęła z odrobiną teatralnego wręcz dramatyzmu, bezkarnie rozkładając ręce, jakby wszelkie próby walki z tym nie przynosiły żadnego efektu. Trochę tak było. - Zakochać się. Byłeś kiedyś zakochany, Hjalmar? - odparła beztrosko, przyglądając się z odrobiną rozczulenia, ale i satysfakcją jego kolejnej, uroczej reakcji. I jak miała tak nie robić, skoro on reagował w taki niewinny sposób? Sam ją prowokował do naruszania jego przestrzeni osobistej. Na jego pytanie o problem nie odpowiedziała, jednak nie bardzo umiejąc znaleźć właściwie słowa, które mogłyby oddać to, co miała na myśli. Na kilka dłuższych chwil, spojrzenie brązowych oczu znów zatrzymało się na wzburzonej od wiatru, brudnej tafli Londyńskiej rzeki. Zdawała sobie sprawę, że nie była łatwym człowiekiem do znoszenia, zwłaszcza ze swoim temperamentem i okazjonalną bezmyślnością, a przecież Islandczyk wstydził się nawet złapać ją za rękę.
Wróciła do niego wzrokiem, gdy poruszyli temat Islandii i tego, że nie mógł tam wrócić. Wydało się to dziewczynie niesprawiedliwie i bolesne, bo nawet jeśli nie miała poczucia przynależności do jakiegoś miejsca, to właśnie na tej wyspie, blondyn zdawał się najszczęśliwszy. Wśród tego, co znał i co go wychowało. Wiedziała, że rodzina jest dla niego najważniejsza, że był honorowy i oddany, skory do poświęceń, ale czy naprawdę było warto żyć wbrew sobie? Czy nie lepszym pomysłem byłby świstoklik, a spędzanie nocy i dni wolnych tam, gdzie chciało być jego serce? Pomimo natłoku przemyśleń, nie powiedziała niczego głośno. - Nie masz więc wyjścia i musisz dać sobie radę. Wierzę w Ciebie no i nie jesteś sam, zawsze Ci pomogę.
Zamiast dalszego kontynuowała tematu, odpowiedziała krótko i chociaż częściowo zgodnie z tym, co dyktowało jej serce. Do głowy wpadł jej również pewien pomysł, ale o tym będzie musiała porozmawiać z ojcem i dowiedzieć się od swojej randki, czy w ogóle się na tym znał. Musiało to jednak zaczekać, aż będzie trzeźwy. Może przy śniadaniu lub za kilka dni?
Na jego słowa kiwnęła głową, znów nie odpowiadając. Rozumiała i nie miała innego wyjścia, jak to uszanować, nawet jeśli nie do końca się z tym zgadzała. Nie chciała, żeby był całkiem sam w Wielkiej Brytanii lub spędzał czas tylko z ojcem, bo przecież różnie układało się życie. Dobrze było otaczać się ludźmi, najlepiej całkiem różnymi, dzięki czemu można było doświadczać świata i rzeczywistości z zupełnie innej perspektywy. - Dobrze.
Na pytanie o życzenia od końca też nie odpowiedziała, uśmiechając się jedynie i zabierając do ogarnięcia po sobie, bo bałaganu nigdy nie zostawiała. Z odrobiną zdziwienia zacisnęła palce na jego dłoni, gdy o dziwo bez walki i marudzenia, wyjątkowo grzecznie ją złapał za rękę. I zupełnie nie był jak kot! Wilk lub Niedźwiedź, okazjonalnie osioł lub jakaś ryba, czy inne morskie stworzenie! Może trochę delfin, bo też był zadziorny?
Nie było łatwo, szczególnie na obcasach, na które bezgłośnie przeklinała pod nosem, modląc się o to, aby dała radę go utrzymać i się nie wywalić. Był ciężki, odrobinę nieporęczny, ale przynajmniej nie marudził i współpracował. Nic więc dziwnego, że odrobinę zdyszana wsiadła do taksówki, czując kolejną falę wypieków na policzkach, tym razem nie z powodu zawstydzenia.
Spojrzała na niego z rozbawieniem, gdy wspomniał o byciu wilkiem i przytaknęła.
- Oczywiście. Przecież sama Cię z tym zwierzakiem skojarzyłam, nie? - puściła mu oczko, prostując się i poprawiając na kanapie taksówki, aby było mu wygodniej, gdyby zechciał zrobić sobie z niej poduszkę. Nie minęło kilka sekund i zasnął, a ona westchnęła, przecierając oczy dłonią. I jak niby wniesie go na górę, skoro zabronił jej używać magii? Nie była jednak zła, była to ewentualność, z którą mogła sobie przecież poradzić. Spojrzała na jego dłoń, którą wciąż zaciskała w swoich palcach, a potem starszego mężczyznę, który prowadził taksówkę. Nie chciała za bardzo się ruszać, żeby Niedźwiadka nie obudzić.
- Poczeka Pan ze mną pod domem, aż się obudzi? Nie mam sumienia mu przeszkadzać. Oczywiście zapłacę i może Pan coś zjeść. Jest makaron z krewetkami, jak Pan lubi. - uśmiechnęła się do niego pogodnie, wyjmując wolną ręką pudełko z siatki, która leżała obok, dorzucając mu jeszcze później ciastko z wróżbą. Całe szczęście, kierowca był uprzejmy. Gdy po kilku minutach samochód zatrzymał się, ściszył nieco radio i zabrał się za jedzenie, a Pandora zerknęła za okno, obserwując spływające po szybie krople. Znów się rozpadało. Całe szczęście, eliksir nadal działał, więc jeszcze nie czuła senności. Po jakimś czasie ciszy wpadła w szeptaną rozmowę z Edwardem— jak się okazało, pół Irlandczykiem, który faktycznie, pod czapką miał rudą czuprynę, gdzie okazjonalnie przewijały się siwe włosy. Prewettówna nigdy nie miała problemu z nawiązywaniem kontaktu z ludźmi, więc zaraz zaczął opowiadać jej historię ze swojej młodości, zabijając czas. Nie drgnęła nawet, starając się mówić cicho, powstrzymując śmiech. Nie chciała go budzić.
Ledwo wyszła z worka siostry, nie chciała wpadać w worek matki lub opiekunki, nawet jeśli faktycznie, czasem bywała przesadnie troskliwa. - Jak się nie będziesz czasem śpieszył, to Ci okazję w życiu pouciekają, tak jak z żelazem, które wystygnie. Jego już nie przerobisz bez ponownego rozgrzania, nie? Zdrowy rozsądek jest ważny, ale odrobina szaleństwa i spontaniczności to prawdziwy dar młodości, powinniśmy korzystać, dopóki możemy. - odparła uparcie, widocznie zupełnie się z nim nie zgadzając, ale może też trochę próbując go zachęcić, aby będąc w Wielkiej Brytanii, gdzie społeczeństwo nie było takie konserwatywne, pozwalał sobie na odrobinę więcej. Zanim zdążył mruknąć z niezadowoleniem, podsunęła mu pod nos kolejny widelec z porcją makaronu i kurczaka.
- Mówi się, że niezbadane są wyroki przeznaczenia i los plącze nićmi osoby, których zupełnie się nie spodziewamy w swoim życiu. Cieszę się jednak, że na Ciebie wpadłam lub raczej Ty mi spadłeś niedaleko.
Nie mogła powstrzymać śmiechu, gdy przed oczami pojawił się jej obraz Hjalmara lecącego z tego drzewa i robiącego hałas, chociaż wtedy jej nie było tak do śmiechu, szczególnie z toporem i kompletnym brakiem pomysłu, jak wyjść z tego lasu. Pokręciła głową, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu.
- Hmmm? Moja kuzynka chciała coś Ci zrobić za moimi plecami? - zapytała, przekręcając głowę na bok i ściągając brwi, a przez ułamek sekundy na twarzy Pandory pojawił się grymas jakiegoś niezadowolenia, który wymieszał się z odrobiną zazdrości. - Akane pewnie Ciebie też chciała zaciągnąć na poszukiwania inspiracji? Nawet jeśli nie jest w Twoim stylu, to i tak jest naprawdę śliczna i taka drobna! Zawsze będę jej broniła, tak już mam. Sporo razem przeszłyśmy, dużo mi pomogła.- wzruszyła bezradnie ramionami, bo faktycznie, Kana była kimś, na kim zawsze pomogła polegać w całym tym jej roztrzepaniu i rozpuście. Musiała mu jeszcze wyjaśnić, dlaczego zawsze umiała znaleźć w niej jakiś jasny, pozytywny punkt zaczepienia. Brunetka uśmiechnęła się jednak pod nosem znacznie delikatniej, bo widocznie brak Azjatki w tym rankingu jej trochę odpowiadał. Zawsze wydawała się jej znacznie ładniejsza niż ona sama. - Czy na Islandii, podczas Lithy i innych, sami nie jesteście dość rozpustni? Sam mówiłeś, że Twoi kompanii szukali towarzystwa na wieczór. Na weselu też zdawało mi się, że konserwatyzm i nieśmiałość, to poszła pod stół.
Zauważyła mimowolnie, podnosząc na niego zaciekawione spojrzenie.
Na jego słowa pokiwała głową, unosząc wolną dłoń i przesuwając po rozgrzanym policzku, westchnęła. Czasem dobrze, że bywał taki niedomyślny.
- Znamy się już tyle czasu, a Ty nadal się mnie tak wstydzisz, Niedźwiadku. - westchnęła z odrobiną teatralnego wręcz dramatyzmu, bezkarnie rozkładając ręce, jakby wszelkie próby walki z tym nie przynosiły żadnego efektu. Trochę tak było. - Zakochać się. Byłeś kiedyś zakochany, Hjalmar? - odparła beztrosko, przyglądając się z odrobiną rozczulenia, ale i satysfakcją jego kolejnej, uroczej reakcji. I jak miała tak nie robić, skoro on reagował w taki niewinny sposób? Sam ją prowokował do naruszania jego przestrzeni osobistej. Na jego pytanie o problem nie odpowiedziała, jednak nie bardzo umiejąc znaleźć właściwie słowa, które mogłyby oddać to, co miała na myśli. Na kilka dłuższych chwil, spojrzenie brązowych oczu znów zatrzymało się na wzburzonej od wiatru, brudnej tafli Londyńskiej rzeki. Zdawała sobie sprawę, że nie była łatwym człowiekiem do znoszenia, zwłaszcza ze swoim temperamentem i okazjonalną bezmyślnością, a przecież Islandczyk wstydził się nawet złapać ją za rękę.
Wróciła do niego wzrokiem, gdy poruszyli temat Islandii i tego, że nie mógł tam wrócić. Wydało się to dziewczynie niesprawiedliwie i bolesne, bo nawet jeśli nie miała poczucia przynależności do jakiegoś miejsca, to właśnie na tej wyspie, blondyn zdawał się najszczęśliwszy. Wśród tego, co znał i co go wychowało. Wiedziała, że rodzina jest dla niego najważniejsza, że był honorowy i oddany, skory do poświęceń, ale czy naprawdę było warto żyć wbrew sobie? Czy nie lepszym pomysłem byłby świstoklik, a spędzanie nocy i dni wolnych tam, gdzie chciało być jego serce? Pomimo natłoku przemyśleń, nie powiedziała niczego głośno. - Nie masz więc wyjścia i musisz dać sobie radę. Wierzę w Ciebie no i nie jesteś sam, zawsze Ci pomogę.
Zamiast dalszego kontynuowała tematu, odpowiedziała krótko i chociaż częściowo zgodnie z tym, co dyktowało jej serce. Do głowy wpadł jej również pewien pomysł, ale o tym będzie musiała porozmawiać z ojcem i dowiedzieć się od swojej randki, czy w ogóle się na tym znał. Musiało to jednak zaczekać, aż będzie trzeźwy. Może przy śniadaniu lub za kilka dni?
Na jego słowa kiwnęła głową, znów nie odpowiadając. Rozumiała i nie miała innego wyjścia, jak to uszanować, nawet jeśli nie do końca się z tym zgadzała. Nie chciała, żeby był całkiem sam w Wielkiej Brytanii lub spędzał czas tylko z ojcem, bo przecież różnie układało się życie. Dobrze było otaczać się ludźmi, najlepiej całkiem różnymi, dzięki czemu można było doświadczać świata i rzeczywistości z zupełnie innej perspektywy. - Dobrze.
Na pytanie o życzenia od końca też nie odpowiedziała, uśmiechając się jedynie i zabierając do ogarnięcia po sobie, bo bałaganu nigdy nie zostawiała. Z odrobiną zdziwienia zacisnęła palce na jego dłoni, gdy o dziwo bez walki i marudzenia, wyjątkowo grzecznie ją złapał za rękę. I zupełnie nie był jak kot! Wilk lub Niedźwiedź, okazjonalnie osioł lub jakaś ryba, czy inne morskie stworzenie! Może trochę delfin, bo też był zadziorny?
Nie było łatwo, szczególnie na obcasach, na które bezgłośnie przeklinała pod nosem, modląc się o to, aby dała radę go utrzymać i się nie wywalić. Był ciężki, odrobinę nieporęczny, ale przynajmniej nie marudził i współpracował. Nic więc dziwnego, że odrobinę zdyszana wsiadła do taksówki, czując kolejną falę wypieków na policzkach, tym razem nie z powodu zawstydzenia.
Spojrzała na niego z rozbawieniem, gdy wspomniał o byciu wilkiem i przytaknęła.
- Oczywiście. Przecież sama Cię z tym zwierzakiem skojarzyłam, nie? - puściła mu oczko, prostując się i poprawiając na kanapie taksówki, aby było mu wygodniej, gdyby zechciał zrobić sobie z niej poduszkę. Nie minęło kilka sekund i zasnął, a ona westchnęła, przecierając oczy dłonią. I jak niby wniesie go na górę, skoro zabronił jej używać magii? Nie była jednak zła, była to ewentualność, z którą mogła sobie przecież poradzić. Spojrzała na jego dłoń, którą wciąż zaciskała w swoich palcach, a potem starszego mężczyznę, który prowadził taksówkę. Nie chciała za bardzo się ruszać, żeby Niedźwiadka nie obudzić.
- Poczeka Pan ze mną pod domem, aż się obudzi? Nie mam sumienia mu przeszkadzać. Oczywiście zapłacę i może Pan coś zjeść. Jest makaron z krewetkami, jak Pan lubi. - uśmiechnęła się do niego pogodnie, wyjmując wolną ręką pudełko z siatki, która leżała obok, dorzucając mu jeszcze później ciastko z wróżbą. Całe szczęście, kierowca był uprzejmy. Gdy po kilku minutach samochód zatrzymał się, ściszył nieco radio i zabrał się za jedzenie, a Pandora zerknęła za okno, obserwując spływające po szybie krople. Znów się rozpadało. Całe szczęście, eliksir nadal działał, więc jeszcze nie czuła senności. Po jakimś czasie ciszy wpadła w szeptaną rozmowę z Edwardem— jak się okazało, pół Irlandczykiem, który faktycznie, pod czapką miał rudą czuprynę, gdzie okazjonalnie przewijały się siwe włosy. Prewettówna nigdy nie miała problemu z nawiązywaniem kontaktu z ludźmi, więc zaraz zaczął opowiadać jej historię ze swojej młodości, zabijając czas. Nie drgnęła nawet, starając się mówić cicho, powstrzymując śmiech. Nie chciała go budzić.