21.07.2023, 08:55 ✶
Wolała sobie nie wyobrażać, co by było, gdyby Brenna nie uznała, że pójdzie za nią, albo co by się z nią działo, gdyby jednak trafiła tutaj sama. I nie chodziło jej teraz nawet o to, co mogłoby się stać na samym Nokturnie biorąc pod uwagę specyfikę tego miejsca – chodziło raczej o to, co wyprawiałaby teraz ona, zostawiaona sam na sam z własną głową i niepamięcią. Jak bardzo by się miotała. Jak bardzo nie rozumiał aby co się dzieje – to nie tak, że teraz była dużo mądrzejsza, bo tak nie było, ale Brenna faktycznie była teraz głosem rozsądku i kotwicą, która trzymała ją w jednym miejscu i w ryzach. No i to co mówiła… miało chyba jakiś tam sens. A na pewno było lepsze od idiotycznego chodzenia tam i z powrotem.
- Moich znajomych też już tutaj nie ma – odpowiedziała, zupełnie w pierwszej chwili nieświadoma, że znowu nałożyło się jej wspomnienie na myśli. Że znowu nie oddzieliła siebie od… od siebie? Dopiero kiedy powiedziała to na głos, to do niej dotarło, że to przecież nie ma sensu. Bo ona nie ma tutaj żadnych znajomych. - Co ja właśnie powiedziałam – bzdurę, która nigdy nie była prawdą. Pytanie Brenny na powrót zwróciło jej uwagę. Czy coś z Limbo mogło być podpowiedzią…? No cóż. Właściwie to tak. Abstrahując od tego, że tam co rusz spotykali dziwne rzeczy, w tym martwą… czy to była Matką? Czy Voldemort miał moc zabić… boga? Ale oprócz tego to… tak. Natrafili na czekające na nich dusze. Jedna z nich ją dotknęła, chciała, by została, zaczekała tam na innych – bo doszła już do końca i… to nie była zupełnie przypadkowa osoba. Victoria kojarzyła ją jak przez mgłę, ale kojarzyła – własną prababcię. I był taki jeden dziwny moment… czy wtedy… czy wtedy stało się…
No właśnie, co się wtedy stało?
- Chyba tak – odpowiedziała po zastanowieniu. - Chyba… mogło być coś… chyba masz rację – powiedziała w końcu i odetchnęła.
Ostra reakcja Brenny coś w niej poruszyła. Mavelle też mówiła, że to nie była jej wina – ale trudno było zaprzeczać, że cokolwiek się teraz działo i cokolwiek wypisywano w prasie, było efektem bezpośredniego działania nikogo innego, jak Victorii. Może Brenna miała rację. Może jej nie miała. Lestrange nie miała wiedzy o tym co to był za kamień ani co dokładnie robił, prócz tego czego się domyśliła.
- Nie wiem. Nie wiem czy nasza obecność tam zmieniła cokolwiek prócz tego, że widzieliśmy co się dzieje – czy gdyby Brenna tam była coś by się zmieniło? Victoria miała jakieś takie poczucie, że nie. I że Voldemort i tak dostał to, co chciał dostać. - Ale drugi raz i tak pewnie zrobiłabym to samo – tak uważała. Może za wyjątkiem świateł – bo miała dokładnie takie same wnioski jak Brenna. Sama rozproszyła dwa z pięciu i chyba zupełnie nic to nie dało. Były dywersją, rozproszeniem uwagi.
- Tak… Tak, masz rację – przyznała to Brennie. I chodziło o wiele rzeczy – o to co do niej mówiła przez cały pobyt tutaj, o to że próbowała jej pomóc, o to że starała się podtrzymać ją na duchu. I miała też rację, że powinny się stąd zabrać. Victoria odwróciła się więc ponownie w stronę w kierunku Pokątnej i złapała Brennę za ramię, na moment idą z nią pod rękę. Dwie wariatki, no naprawdę. - Dziękuję – mruknęła. - I przepraszam. Musiałaś gonić za świrem – poprawka: nie musiała, a chciała i westchnęła cicho. - I że ci nie powiedziałam. O nim. Wtedy. To dla mnie nie jest żaden powód do dumy. Nie przepadam za większością członków tej rodziny… zostawisz to dla siebie? – a przynajmniej większości z tych, które znała. Rzecz jasna mówiła o zaręczynach z Saurielem i o tym, że nie powiedziała Brennie, kiedy rozmawiały o Rookwoodach kilka dni temu.
- Moich znajomych też już tutaj nie ma – odpowiedziała, zupełnie w pierwszej chwili nieświadoma, że znowu nałożyło się jej wspomnienie na myśli. Że znowu nie oddzieliła siebie od… od siebie? Dopiero kiedy powiedziała to na głos, to do niej dotarło, że to przecież nie ma sensu. Bo ona nie ma tutaj żadnych znajomych. - Co ja właśnie powiedziałam – bzdurę, która nigdy nie była prawdą. Pytanie Brenny na powrót zwróciło jej uwagę. Czy coś z Limbo mogło być podpowiedzią…? No cóż. Właściwie to tak. Abstrahując od tego, że tam co rusz spotykali dziwne rzeczy, w tym martwą… czy to była Matką? Czy Voldemort miał moc zabić… boga? Ale oprócz tego to… tak. Natrafili na czekające na nich dusze. Jedna z nich ją dotknęła, chciała, by została, zaczekała tam na innych – bo doszła już do końca i… to nie była zupełnie przypadkowa osoba. Victoria kojarzyła ją jak przez mgłę, ale kojarzyła – własną prababcię. I był taki jeden dziwny moment… czy wtedy… czy wtedy stało się…
No właśnie, co się wtedy stało?
- Chyba tak – odpowiedziała po zastanowieniu. - Chyba… mogło być coś… chyba masz rację – powiedziała w końcu i odetchnęła.
Ostra reakcja Brenny coś w niej poruszyła. Mavelle też mówiła, że to nie była jej wina – ale trudno było zaprzeczać, że cokolwiek się teraz działo i cokolwiek wypisywano w prasie, było efektem bezpośredniego działania nikogo innego, jak Victorii. Może Brenna miała rację. Może jej nie miała. Lestrange nie miała wiedzy o tym co to był za kamień ani co dokładnie robił, prócz tego czego się domyśliła.
- Nie wiem. Nie wiem czy nasza obecność tam zmieniła cokolwiek prócz tego, że widzieliśmy co się dzieje – czy gdyby Brenna tam była coś by się zmieniło? Victoria miała jakieś takie poczucie, że nie. I że Voldemort i tak dostał to, co chciał dostać. - Ale drugi raz i tak pewnie zrobiłabym to samo – tak uważała. Może za wyjątkiem świateł – bo miała dokładnie takie same wnioski jak Brenna. Sama rozproszyła dwa z pięciu i chyba zupełnie nic to nie dało. Były dywersją, rozproszeniem uwagi.
- Tak… Tak, masz rację – przyznała to Brennie. I chodziło o wiele rzeczy – o to co do niej mówiła przez cały pobyt tutaj, o to że próbowała jej pomóc, o to że starała się podtrzymać ją na duchu. I miała też rację, że powinny się stąd zabrać. Victoria odwróciła się więc ponownie w stronę w kierunku Pokątnej i złapała Brennę za ramię, na moment idą z nią pod rękę. Dwie wariatki, no naprawdę. - Dziękuję – mruknęła. - I przepraszam. Musiałaś gonić za świrem – poprawka: nie musiała, a chciała i westchnęła cicho. - I że ci nie powiedziałam. O nim. Wtedy. To dla mnie nie jest żaden powód do dumy. Nie przepadam za większością członków tej rodziny… zostawisz to dla siebie? – a przynajmniej większości z tych, które znała. Rzecz jasna mówiła o zaręczynach z Saurielem i o tym, że nie powiedziała Brennie, kiedy rozmawiały o Rookwoodach kilka dni temu.