Sam się uśmiechał i chciało mu się śmiać, kiedy wyobrażał sobie te dwie kobietki przy spotkaniu z tymi diabelstwami. Nie znał się na zwierzętach. Więcej jego zainteresowania zajmowali ludzie niż one. Nie wiedział, czy to normalne, że te stworzenia podchodziły blisko, czy to wypadek, chociaż zjawianie się magicznych stworzeń koło czarodziei nigdy nie było w pełni normalne. Kiedy mówimy o takich dużych stworzeniach, bo te niektóre zgredy to potrafiły nieźle brylować tuż pod nosami śmiertelników. Świat się zmieniał. Miejsca, które kiedyś zamieszkiwały magiczne rasy dzisiaj były przejmowane przez mugoli albo czarodziei. Rozrastały się miasta i powstawały nowe miasteczka. Za zysk zawsze była cena. Teraz takie spotkanie wydawało się zabawne, wtedy nie było śmieszne ani dla Sauriela ani dla Victorii.
- Ay. Brzmi obrzydliwie. - Wyobrażał sobie to, nieszczęśliwe miny obu kobiet, które stały we wnętrznościach tego paskudztwa. I znów - dzięki bogom za magię. Jakim cudem mugole żyły bez niej na co dzień? Ich życie było o wiele trudniejsze. Z drugiej strony przynajmniej w ich normach nie leżało to, że czarnoksiężnik rozpierdalał imprezę, żeby potem wsadzić do Limbo paru co bardziej odważnych. Skinął głową potwierdzając, że a i owszem - miał Władcę Pierścieni. Stał na półce i uśmiechał się głupkowato, przynajmniej w wyobraźni Sauriela.
- No. Trochę tego jest... - Dużo opisów, dużo bajdurzenia, dużo rzeczy, które niekoniecznie musiały tam być wciskane, ale Saurielowi się to dobrze czytało. Pozwalało mu dokładać kolejne elementy układanki tam, gdzie inaczej miałby problem z wyobrażeniem sobie niektórych rzeczy, bo wcale nie uważał się za mistrza kreatywności. - Naprawdę? - Mimo tego słabego głosu zabrzmiał na ucieszonego. Bo i ucieszyło go to, że chce przeczytać. To naprawdę było miłe. Może nawet sprawiło mu więcej radości niż powinno. - Drużyna Pierścienia. To pierwsza. - Marzył kiedyś o tym, żeby samem wyruszyć w taką magiczną podróż. - Chciałem być bohaterem za dzieciaka. Wyruszyć w świat i pomagać ludziom. Dobrze się czytało... takie książki. - Artysta jak artysta - nie było dla niego znaczenia, czy w tym kimś płynie magiczna krew czy też nie. Mugole mieli często zupełnie inne wyczucie niż czarodzieje. Dla magików świat bez magii był czymś intrygującym. Dla mugoli - świat czarów olśniewał. Dwie skrajne różne perspektywy, które rodziły często bardzo różne dzieła.
- Mhm... - Czy naprawdę to rozważał, podpytując o Brennę? Był właściwie ciekaw. Miał czas, by na ten temat pofantazjować. Zastanowić się, ale chyba nie na poważnie. Nie wiedział, gdzie położona została jego własna granica pomiędzy zwykłym wymyślaniem i przeżywaniem tego w głowie a realiami, ale w tych rozmyślaniach był w pełni świadom tego, że nie rozpiedoli przecież swojego życia. Bo co wtedy zrobi? Dokąd pójdzie? Z czego będzie żył? Kto mu pomoże? Victoria? Fergus? Stanley? Jakoś nie sądził. Pewnie by chcieli, ale nawet by nie mógł im na to pozwolić. - Nie... - zrobił tutaj pauze, zatrzymując się przed tym, co chciał powiedzieć i chyba zmienił jednak swoje zdanie - Chciałbym wiele powiedzieć. To między innymi. - Chciał żyć. Jeśli już miał żyć - to chciał żyć. Ale to nie było coś, co mógł odzyskać.
- To... to... - Co powiedzieć, kiedy miała problem z odróżnianiem jednego od drugiego? Martwiło go to. Bo skoro potrafiło ją to pchnąć do takich... nagłych zwrotów akcji to... Teraz się to skończyło w miarę dobrze. Miała kogoś obok siebie. Ktoś ją przypilnował. Nie kontynuował, bo nie wiedział, co powiedzieć. Bo nie miał żadnego genialnego pomysłu na to, co powiedzieć. Żadnego genialnego rozwiązania problemu, które zleciałoby z nieba. Cisza. - Niedobrze, Viki. Niech ktoś ci pomoże. Ktoś... musi coś z tego rozumieć. - Nie był tego pewny, miał po prostu nadzieję. To było hasło wypowiedziane tak, że on by chciał, żeby taki ktoś się znalazł. I żeby naprawdę to nie tworzyło chorych sytuacji, w których Victoria mogłaby sobie zrobić krzywdę.
Wyciągnął dłoń trochę w górę, zgłaszając się po swojego papierosa.
- Dla ciebie próbuję być najlepszą wersją siebie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.