23.07.2023, 19:38 ✶
Jeszcze kilka dni w tym pourazowym letargu, a naprawdę straciłby poczucie czasu. Chociaż biorąc pod uwagę ile "depresyjnych" drzemek udało mu się zmieścić w ciągu tych kilku dni jest zaskakująca. Natłok myśli i wspomnień z pierwszej majowej nocy w połączeniu z wciąż utrzymującym się oddziaływaniem na jego osobę mocami Limbo, sprawiał iż wolał uciec w sen od rzeczywistości. Senne marzenia okazywały się być w istocie koszmarami z powtarzającym się scenariuszem w którym upokorzony własną niezdarnością, tuż przed obliczem swojego Lorda, obrywa własnym zaklęciem. Co prawda w istocie plan Czarnego Pana został zrealizowany, ale nie bez żadnych kosztów. Z koszmarów uciekał w alkohol i eliksiry, by uspokoić swoje zszargane nerwy i a od nich robił się znów senny i kółko się zamykało. Pomiędzy tymi sesjami ucieczek od realnych problemów snuł się po wielkim, ale pustym domu, zdążył wysłać kilka listów w tym do swojej pracy w ministerstwie, że z powodu urazu, nie będzie w stanie pojawić się w pracy w najbliższym czasie. Jedyny list który odpuścił, a stanowczo powinien taki napisać to ten do swojej bliźniaczki. Zwlekał z nim ponieważ był pełen obawy jak Loretta przyjmie jego niepowodzenie na ostatnim etapie, choć z początku tak dobrze szło mu wypełnianie swojej misji. No i nie wiedział, czym tak naprawdę się stał, bo czuł że coś zmieniło się w nim diametralnie, nieodwracalnie wręcz, jednak jeszcze nie wiedział z czym tak naprawdę ma do czynienia. Martwił się, że siostra może go odrzucić widząc go w tym stanie, ale i czując, że nie jest już tym samym Louvainem, którego tak dobrze znała.
Nie bał się jednak spotkania z Cynthią, wręcz przeciwnie potrzebował tego jak lekarstwa. Potrzebował dla urazu, ciała i duszy. Nie było to już to samo uczucie z którym wiązał przez całą ich znajomość mieszankę celowej tajemnicy, budowania napięcia i postępujących prób utrzymania jej w przekonaniu, że zadaje się nieodpowiednim typem. Teraz z bliżej nieznanych mu przyczyn, chociaż gdyby przeczytał trochę najnowszej prasy to zrozumiałby, skąd ta "nagła", post rytualna chęć bliskości z kobietą, która uplotła dla niego wianek, chciał opowiedzieć o wszystkim. Wystarczyło raptem tylko kilka przejmujących spojrzeń w jego stronę i emocje, które nie gościły na jej twarzy zbyt często, jeśli w ogóle, nawet wobec niego kiedy byli najbliżej w swojej relacji. W jednej chwili wszystkie jego bolączki odeszły w zapomnienie i gdyby nie jego wyćwiczone do rangi pamięci mięśniowej, mechanizmy studzenia emocji, zawołałby z entuzjazmem coś uczuciowego i pozytywnego, coś głęboko wykraczając poza jego rolę chłodnej jednostki. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko i ciepło, uśmiechem który od lat był zarezerwowany wyłącznie dla Loretty. Kiedy palce jej dłoni dotknęły jego twarzy, poczuł w końcu prawdziwe ciepło, którego tak uporczywie szukał od kilku dni, a wraz z nim kojącą dawkę ulgi dla swojej duszy. Chwycił jej dłoń i splótł niewinnie place, ciągnąć opuszki palców Cynthii dalej po swojej szyi, mostku i torsie, aż w okolice serca, przyciskając mocniej. - Byłem bliżej śmierci, niż mogłabyś sobie kiedykolwiek wyobrazić... - wyszeptał, podnosząc w końcu na nią swój onyksowy wzrok znad rozczochranej, burzy czarnych włosów. Chciał tak bardzo opowiedzieć o tym, gdzie był i co widział, jednak omertà wciąż go obowiązywała, szczególnie teraz kiedy panowały nadzwyczajne środki ostrożności wewnątrz organizacji. - Wezwałem Cię, bo potrzebuję Twojej pomocy z tym. - mówiąc wskazał wzrokiem na swoje zawinięte w prześcieradło, opuchnięte ramię. Materiał którym podjął się próby stabilizacji ręki, był już mocno pognieciony, przepocony i poplamiony w kilku miejscach alkoholem, albo eliksirem. - Teraz, poza Tobą, nikomu innemu nie ufam... - dorzucił, a jego onyksowe tęczówki poczerniały jeszcze bardziej na samą myśl o wszystkich aktach terroru jakie dokonali podobni jemu.
Nie bał się jednak spotkania z Cynthią, wręcz przeciwnie potrzebował tego jak lekarstwa. Potrzebował dla urazu, ciała i duszy. Nie było to już to samo uczucie z którym wiązał przez całą ich znajomość mieszankę celowej tajemnicy, budowania napięcia i postępujących prób utrzymania jej w przekonaniu, że zadaje się nieodpowiednim typem. Teraz z bliżej nieznanych mu przyczyn, chociaż gdyby przeczytał trochę najnowszej prasy to zrozumiałby, skąd ta "nagła", post rytualna chęć bliskości z kobietą, która uplotła dla niego wianek, chciał opowiedzieć o wszystkim. Wystarczyło raptem tylko kilka przejmujących spojrzeń w jego stronę i emocje, które nie gościły na jej twarzy zbyt często, jeśli w ogóle, nawet wobec niego kiedy byli najbliżej w swojej relacji. W jednej chwili wszystkie jego bolączki odeszły w zapomnienie i gdyby nie jego wyćwiczone do rangi pamięci mięśniowej, mechanizmy studzenia emocji, zawołałby z entuzjazmem coś uczuciowego i pozytywnego, coś głęboko wykraczając poza jego rolę chłodnej jednostki. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko i ciepło, uśmiechem który od lat był zarezerwowany wyłącznie dla Loretty. Kiedy palce jej dłoni dotknęły jego twarzy, poczuł w końcu prawdziwe ciepło, którego tak uporczywie szukał od kilku dni, a wraz z nim kojącą dawkę ulgi dla swojej duszy. Chwycił jej dłoń i splótł niewinnie place, ciągnąć opuszki palców Cynthii dalej po swojej szyi, mostku i torsie, aż w okolice serca, przyciskając mocniej. - Byłem bliżej śmierci, niż mogłabyś sobie kiedykolwiek wyobrazić... - wyszeptał, podnosząc w końcu na nią swój onyksowy wzrok znad rozczochranej, burzy czarnych włosów. Chciał tak bardzo opowiedzieć o tym, gdzie był i co widział, jednak omertà wciąż go obowiązywała, szczególnie teraz kiedy panowały nadzwyczajne środki ostrożności wewnątrz organizacji. - Wezwałem Cię, bo potrzebuję Twojej pomocy z tym. - mówiąc wskazał wzrokiem na swoje zawinięte w prześcieradło, opuchnięte ramię. Materiał którym podjął się próby stabilizacji ręki, był już mocno pognieciony, przepocony i poplamiony w kilku miejscach alkoholem, albo eliksirem. - Teraz, poza Tobą, nikomu innemu nie ufam... - dorzucił, a jego onyksowe tęczówki poczerniały jeszcze bardziej na samą myśl o wszystkich aktach terroru jakie dokonali podobni jemu.