23.07.2023, 22:28 ✶
Reguły panujące w społeczeństwie były dość jasne i przy tym sztywne, dodatkowo nikt nie chciał sobie robić wrogów wśród ludzi wpływowych oraz ważnych. Czystokrwisty zawsze będzie postrzegany lepiej niż mieszaniec, niezależnie od jego sytuacji. Na jednym z przyjęć, ktoś kiedyś powiedział, że to właśnie oni są najsilniejszymi i najjaśniejszymi, najpiękniejszymi klejnotami magicznego dziedzictwa. Najlepszymi. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat te słowa zostały jej w głowie, ale czasem wracała do nich mimowolnie, gdy wieczory zdawały się ciągnąć w nieskończoność.
Czy to nie słabości i ich przezwyciężanie sprawiało, że można było nazwać się silnym? Cynthia badała go w skupieniu, milcząc, chłodnymi palcami i dotykając delikatnie, upewniała się, że Yaxley jej nie zemdleje w gabinecie. Nie postrzegała choroby jako powodu do współczucia, ot, jakby była zupełnie przeciętnym katarem, cokolwiek mu nie było. Nie chciała, aby czuł się niekomfortowo. Działała więc sprawnie, nie zadawała wielu pytań i ze spokojem odwzajemniała spojrzenie jasnych oczu, jeśli ich tęczówki miały już okazję na siebie wpaść. Była w stanie zrozumieć ambicje, która popychała do pracoholizmu. Chęć awansu, mknięcia wyżej po drabince urzędowej, ale i społecznej. Ludzie ślepo biegli za władzą, majątkiem oraz wpływami. Sama też tak trochę robiła, ale jej kroki stawiane były w zupełnie innym celu, albowiem blondynka chciała ścierać się z samą śmiercią, rozwikłać jej tajemnice, wyszarpać wszystkie sekrety ludzkiego ciała. Osiągnąć mistrzostwo w swojej ukrytej pasji. Władając martwymi, żywi nie stanowili wyzwania. Bezgłośne westchnienie uciekło spomiędzy jej warg.
Niezależnie od okoliczności, grała dalej, musiała zachować pozory. Przybrała więc twarz niewinną, odrobinę okraszoną słodyczom. Oh, jakie to było upierdliwe, ale do jej typu urody, takie coś pasowało najlepiej. Gdyby zachowywała się, jak na Królową Lodu przystało, nie przyniosłoby to żadnych korzyści.
- Rozumiem. - wzruszyła ramionami na jego odmowę, przenosząc wzrok z jego twarzy na swoją filiżankę, wciąż zakrytą talerzykiem. Sama nie odmówiła sobie rogalika, przypominając sobie, że od śniadania południa nic nie jadła, a odrobina cukru sprawi, że jej ciało, jak i umysł będą pracowały wydajniej. Nie chciała pozwolić sobie na żadne błędy, nie bez powodu była ulubienicą Lycoris i mogła pracować z Williamem. Magia rozleniwiała, a zioła lepiej działały przygotowane ręcznie — zawsze powtarzała jej tak matka, gdy jeszcze żyła, wszak zajmowała się alchemią. Nie komentowała trzymanej przez niego chusteczki, nic więcej nie mogła poradzić, dopóki nie chciał zdradzić jej szczegółów dotyczących przypadłości. Jego pytanie odrobinę zbiło ją z tropu, zupełnie nie spodziewała się prób podjęcia konwersacji przez niego. Przekręciła głowę, wbijając w niego wzrok. Jasny kosmyk spłynął do przodu, muskając policzek, mieniąc się srebrem w blasku kandelabru tkwiącego na ścianie. Co miała odpowiedzieć? Które słowa byłyby właściwie? Cynthia zaśmiała się pod nosem, parsknęła właściwie, przymykając na chwilę oczy, a potem wzruszyła ramionami, rozglądając się po pomieszczeniu prosektorium. Odruchy miała tak wyuczone, że wydawały się naturalne, jakby mówiła szczerze i prosto z serca.
- Schlebia mi Pan, Panie Yaxley. - zaczęła uprzejmie, odchylając się nieco, aby oprzeć wygodnie plecy o krzesło. Jej czerwone paznokcie w odruchu bezwarunkowym stuknęły w kolano, wprawiając w ruch materiał odzienia. Miała taki głupi nawyk, nad którym zupełnie zdawała się nie panować i który tak głęboko wpisał się w jej sposób bycia, że przypominał mruganie — zapominał człowiek, że to robił. - To chyba kwestia zagadek, powiem Panu szczerze. Znacznie więcej ich w śmierci niż uzdrawianiu. Poza tym to spokojniejsza praca, chociaż społeczeństwo niezbyt przychylnie na nią spogląda. Czy nie jest podobnie z pracownikami Pana Departamentu?
Zapytała wciąż grzecznie, chcąc kontynuować rozmowę, którą sam zresztą podjął. Zdjęła talerzyk z filiżanki, a czując intensywny aromat ziół, uśmiechnęła się pod nosem, łapiąc naczynie za uszko i przysuwając do ust. Dmuchnęła kilka razy, robiąc niewielki łyk. Prawda była taka, że jego dział w Ministerstwie wzbudzał chyba najwięcej plotek oraz podejrzeń, ludzie nie umieli zrozumieć zasad w nim panujących i tego, czym zajmowali się pracownicy. Nawet Pani z recepcji zdawała się czasem zerkać ze strachem w ich kierunku.
Czy to nie słabości i ich przezwyciężanie sprawiało, że można było nazwać się silnym? Cynthia badała go w skupieniu, milcząc, chłodnymi palcami i dotykając delikatnie, upewniała się, że Yaxley jej nie zemdleje w gabinecie. Nie postrzegała choroby jako powodu do współczucia, ot, jakby była zupełnie przeciętnym katarem, cokolwiek mu nie było. Nie chciała, aby czuł się niekomfortowo. Działała więc sprawnie, nie zadawała wielu pytań i ze spokojem odwzajemniała spojrzenie jasnych oczu, jeśli ich tęczówki miały już okazję na siebie wpaść. Była w stanie zrozumieć ambicje, która popychała do pracoholizmu. Chęć awansu, mknięcia wyżej po drabince urzędowej, ale i społecznej. Ludzie ślepo biegli za władzą, majątkiem oraz wpływami. Sama też tak trochę robiła, ale jej kroki stawiane były w zupełnie innym celu, albowiem blondynka chciała ścierać się z samą śmiercią, rozwikłać jej tajemnice, wyszarpać wszystkie sekrety ludzkiego ciała. Osiągnąć mistrzostwo w swojej ukrytej pasji. Władając martwymi, żywi nie stanowili wyzwania. Bezgłośne westchnienie uciekło spomiędzy jej warg.
Niezależnie od okoliczności, grała dalej, musiała zachować pozory. Przybrała więc twarz niewinną, odrobinę okraszoną słodyczom. Oh, jakie to było upierdliwe, ale do jej typu urody, takie coś pasowało najlepiej. Gdyby zachowywała się, jak na Królową Lodu przystało, nie przyniosłoby to żadnych korzyści.
- Rozumiem. - wzruszyła ramionami na jego odmowę, przenosząc wzrok z jego twarzy na swoją filiżankę, wciąż zakrytą talerzykiem. Sama nie odmówiła sobie rogalika, przypominając sobie, że od śniadania południa nic nie jadła, a odrobina cukru sprawi, że jej ciało, jak i umysł będą pracowały wydajniej. Nie chciała pozwolić sobie na żadne błędy, nie bez powodu była ulubienicą Lycoris i mogła pracować z Williamem. Magia rozleniwiała, a zioła lepiej działały przygotowane ręcznie — zawsze powtarzała jej tak matka, gdy jeszcze żyła, wszak zajmowała się alchemią. Nie komentowała trzymanej przez niego chusteczki, nic więcej nie mogła poradzić, dopóki nie chciał zdradzić jej szczegółów dotyczących przypadłości. Jego pytanie odrobinę zbiło ją z tropu, zupełnie nie spodziewała się prób podjęcia konwersacji przez niego. Przekręciła głowę, wbijając w niego wzrok. Jasny kosmyk spłynął do przodu, muskając policzek, mieniąc się srebrem w blasku kandelabru tkwiącego na ścianie. Co miała odpowiedzieć? Które słowa byłyby właściwie? Cynthia zaśmiała się pod nosem, parsknęła właściwie, przymykając na chwilę oczy, a potem wzruszyła ramionami, rozglądając się po pomieszczeniu prosektorium. Odruchy miała tak wyuczone, że wydawały się naturalne, jakby mówiła szczerze i prosto z serca.
- Schlebia mi Pan, Panie Yaxley. - zaczęła uprzejmie, odchylając się nieco, aby oprzeć wygodnie plecy o krzesło. Jej czerwone paznokcie w odruchu bezwarunkowym stuknęły w kolano, wprawiając w ruch materiał odzienia. Miała taki głupi nawyk, nad którym zupełnie zdawała się nie panować i który tak głęboko wpisał się w jej sposób bycia, że przypominał mruganie — zapominał człowiek, że to robił. - To chyba kwestia zagadek, powiem Panu szczerze. Znacznie więcej ich w śmierci niż uzdrawianiu. Poza tym to spokojniejsza praca, chociaż społeczeństwo niezbyt przychylnie na nią spogląda. Czy nie jest podobnie z pracownikami Pana Departamentu?
Zapytała wciąż grzecznie, chcąc kontynuować rozmowę, którą sam zresztą podjął. Zdjęła talerzyk z filiżanki, a czując intensywny aromat ziół, uśmiechnęła się pod nosem, łapiąc naczynie za uszko i przysuwając do ust. Dmuchnęła kilka razy, robiąc niewielki łyk. Prawda była taka, że jego dział w Ministerstwie wzbudzał chyba najwięcej plotek oraz podejrzeń, ludzie nie umieli zrozumieć zasad w nim panujących i tego, czym zajmowali się pracownicy. Nawet Pani z recepcji zdawała się czasem zerkać ze strachem w ich kierunku.