Koty są dziwne, każdy to wie. I koty są zmienne. To też każdy wie. Tak jak gadający nie był szokiem, tak kot, który przed jego dotykiem umykał, szokiem też nie był. A jednak w obu przypadkach najpierw przychodziło zdziwienie - tuż przed zrozumieniem, a potem akceptacją. Syndrom wyparcia się nie pojawiał. Sauriel nie pchał rąk do kota - i nie wędrował za nim dłonią, kiedy ten się odsunął. Mimo to było mu przykro - jak zawsze. Zawsze tak samo żal i szkoda, bo tak kochał koty, a nawet jeśli one szybko się do niego przekonywały to potem równie szybko uciekały. Mógł ogrzewać trochę swoją skórę i ciało, ale zazwyczaj takie przypadki były nagłe i niespodziewane. A on nie był jebanym geniuszem, żeby być gotowym na każde wydarzenie, każdą ewentualność. Tutaj również nie był.
- Raczej kto mi się pcha pod łapę. - Sprostował Bella, podnosząc się i patrząc na niego z góry. Na tyle skupiony na kocie, że nie widział zmiany w nastawieniu kuzyna Fergusa, która była dość szybka i bardzo wymowna. Jasne - w końcu chłopak był ślepy. Skoro nie mógł ufać swoim oczom, ufał czemuś niemal niezawodnemu - instynktowi zwierzęcia. Mimo to cicho prychnął na ten tężec, rozbawiony gwałtowną reakcją. Jakże kocią! W końcu kot musiał bronić swojego terytorium, był tu drapieżnikiem. Więc nie wypadało wpuszczać na swój teren jakiegoś niewiadomego osobnika. Który, o czym Bell nie wiedział, był drapieżnikiem z rzędu tych na szczycie łańcucha pokarmowego. Ponad człowiekiem.
- Nie sądzę. - Odparł cierpko, bo krytycznie nastawiony do słów, które tu padły. I nie wierzył w to, że mężczyzna się nie bał. Ale nie wierzyć sobie mógł, jaka była prawda to tylko Bogu przyjdzie nas z tego rozliczyć. Stał na tyle daleko, że zamykanie drzwi problemem nie było - zwłaszcza, że kiedy te zaczęły się zamykać to wycofał się. Zszedł po schodkach i chociaż Dellian nie mógł tego zobaczyć to automatycznie wyciągnął dłoń, żeby na pożegnanie nią zamachać, kiedy już się obrócił na chodniku. A kiedy się zreflektował to było za późno - drzwi były zamknięte. Trudno. Tak jak powiedział - nie sądził, żeby było jakiekolwiek "do zobaczenia". Sauriel nie zamierzał już przychodzić i nie zamierzał Fergusa szukać. W końcu ta przyjaźń i tak... została zrujnowana do pewnego stopnia - przez niego samego. Bo się odciął. A Fergus sądził, że jego najlepszy przyjaciel zmarł. I niby miały być drugie szanse, kolejne możliwości, ale Sauriel nawet już nie był zdziwiony. Takie było jego pierdolone szczęście na tym świecie.
Szczęście, że nie sypiał, bo nie miał żadnych snów. A życie było jednym wielkim koszmarem.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.