Dellian prosił Bella o to, aby mu odpuścił spacerowanie za nim krok w krok. Chciał pobyć zupełnie sam tego dnia, chciał się przejść do sklepu po cokolwiek, co może mu się stać kilka kroków od jego domu? W ostatni czasie był cały czas sam, nie było przy nim Fergusa, ciocia nadal w szpitalu, a wujek ciągle przy niej. Jego tata łaskawie pomagał bratu w prowadzeniu sklepu, a on został sam z gadającym kotem. Było to męczące, ponieważ Dellian potrzebował ludzi. Kochał ludzi, nie miał już kontaktu z przyjaciółmi ze szkoły, nie miał kontaktu z nikim. Na siłę pakował się w różne relacje z ludźmi, ale to mu nie wystarczyło. Potrzebował kogoś przy sobie, a nie mógł nikogo znaleźć. Ślepym osobom było ciężko szukać, ponieważ nie widzieli. Zabawa w chowanego była dla nich trudna.
Trzymał wyciągniętą przed siebie różdżkę, która pomagała mu lawirować między ludźmi, których o tej porze było niewielu na ulicach. Dużo osób po zmroku bunkrowało się w własnych domach, aby nie zostać zaatakowanymi. Dellian też powinien to zrobić, a zamiast tego szedł do sklepu, a nawet nie miał pewności, czy był otwarty. W końcu zorientował się, że się zgubił. No pięknie. – pomyślał zirytowany sytuacją. Próbował odnaleźć jakieś znane mu szczegóły, ale nie było to za proste. Zwykle kierował go Bell i chyba tym razem jego upór nie był za dobry.
– Hej! Kierowniku! – usłyszał gdzieś obok siebie. odwrócił się do źródła głosu, który nie był zbyt przyjemny. Wręcz mężczyzna, który się odezwał brzmiał jak ktoś kto połykał papierowy, a w żyłach płynęła mu whisky. – Daj pan sykla – wymamrotał łapiąc go za ramię.
– Niestety nie mam – odpowiedział Dellian wyrywając mu się, a mężczyzna musiał dostrzec, że Dell jest ślepy, bo stał się bardziej zuchwały. Popchnął go na ścianę i próbował mu wyrwać jego torbę, ale Dellian nie chciał jej oddać.