Dellianowi takie widoki dawno wymazały się z pamięci, dawno nawet nie myślał o tym jak wygląda świat skapany w świetle słońca, czy też księżyca. Lubił przesiadywać w miejscach, gdzie promienie ogrzewały jego twarz i skórę, ale nie próbował odtwarzać widoków, które widział jako czterolatek, bo zwyczajnie już dawno zniknęły, wyparowały z jego głowy. Pozostała ciemność i czasami wspomnienia, które budziły się w snach. Nikomu nigdy się nie przyznał, ale czasami śniły mu się kolory, a wtedy budził się ze łzami, gdyż tęsknił i miał żal do świata, że nie było mu dane widzieć. Potem ubierał się, wstawał, schodził na śniadanie, wędrował do pracy między ludźmi, którzy widzieli, obserwowali – czuł to, nie potrzebował do tego wzroku, aby wiedzieć, że go widzą, że o nim myślą, że mu współczują. Przywdziewał uśmiech na twarz i szedł dalej, żartował, bawił się, beztrosko, bez problemów.
Chwila, w której szarpał się z mężczyzną, który nie pachniał pierwszą świeżością była dla niego wiecznością. Nie znosił smrodu, nie znosił ciężkich, brzydkich zapachów i teraz w jego głowie nie było strachu, że straci życie, że ktoś może go niefortunnie popchnąć doprowadzając do jego śmierci, że ktoś ukradnie mu plecak, w którym tak naprawdę nie miał nic cennego, mógłby go puścić i pozwolić łobuzowi uciec ze zdobyczą, ale Dellian pracował dla BUMu, miał w sobie pokłady prawości nie mógł pozwolić, aby ktoś w nielegalny sposób odebrał mu jego własność. Nie chciał wyjść przed samym sobą na osobę słabą, która do ochrony potrzebuje innych, nawet kota. Chciał być samodzielny, chciał sam iść po pieprzone bułki do sklepu, czy po prostu na wieczorny spacer w letni wieczór. Nie chciał się obawiać, że na każdym rogu może zginąć, a nawet nie zauważy, z której strony oberwie.
Gdy napastnik został odciągnięty od niego, Dellian uderzył głową w ścianę i osunął się po niej trzymając się za tył. Nie stracił przytomności, nie polała się krew, ale przez najbliższe kilka dni będzie miał bolesnego guza na środku czaszki. Złapał się za tył głowy i cicho syknął. Rozpoznał głos Sauriela i poczuł delikatną obawę, za którą się od razu zbeształ w końcu Rookwood właśnie uratował mu życie i plecak. Zapamiętał słowa, które wypowiedział niedoszły przestępca, był ciekawy kim był i dlaczego tak wystraszył się Sauriela. Zastanawiał się jak wyglądał, czy był odrażający, że uciekł przed Rookwoodem? Niee, Bell by od razu to powiedział. Ten kot nie owijał w bawełnę.
– Dziękuję – chciał mu powiedzieć, że nie musiał mu pomagać, że by sobie dał radę, ale darował sobie tak absurdalne kłamstwo. Nigdy by sobie nie poradził. Zamiast podnosić się z ziemi zaczął przeszukiwać palcami ziemię w poszukiwaniu upuszczonej różdżki. Znalazł ją szybko, bez niczyjej pomocy. – Znałeś go? – zapytał próbując wstać, ale było mu ciężko na głowie od uderzenia.