F...fuj... Sauriel patrzył z powątpieniem na nogę przyjaciela i cieszył się, że to ta druga, ta dalej od niego. Jakby była ta bliżej to by właśnie obszedł Stanleya dookoła, żeby tylko nie narazić się na styczność z tym... czymś. Miało pomóc? Hyym... Noo chyba nie pogarszało? Mina Stanleya w zasadzie wyraziła chyba jakieś minimum ulgi? I tak troszkę moocniej jakby stanął na tej nodze? Tu było dużo spekulacji i właściwie więcej nadziei niż danych. Hej, przecież byli uciekinierami z Beltane, no przecież to nie miało... nie miało zaszkodzić? Medycyna potrafiła być wyjątkowo paskudna. Jego matka mówiła, że nie ma smakować, ma leczyć. No i masz! Tego przynajmniej nie trzeba było lizać, bo nawet on by chyba zwymiotował.
- Yyy... ja się nie obawiam? - Ni to stwierdził, ni to zapytał... ale na pewno nie brzmiał pewnie. I to nie dlatego, że faktycznie się bał, że nagle zmienili zdanie - wzięli go za złola! Po prostu nadal leźli przez kurewski las, z kurewstwem jakimś co wysyłało siły wszelakie, kły mu się cisnęły wręcz na dziąsła, wzrok miał nieco rozbiegany, a tu pyk! Skup się na mnie, kolego, bo będę cię spisywać! To się akurat mężczyźnie udało. Faktycznie złapał skupienie Sauriela. Ten wręcz zrobił większe oczy, idąc ciągle pod ramię z Mulciberem, napięty nadal mocno. Próby rozluźnienia tylko trochę pomogły. - Rookwood Sauriel. Brałem udział w zabawach z Rookwood Victorią, miałem wracać do domu, ale nie zdążyłem. Bo się działy rzeczy w miejscach. Już byłem w drodze, kiedy te potwory wyskoczyły. Tak się zetknęliśmy w zasadzie ze Stanleyem, uciekaliśmy. - Sauriel machnął ręką, jakby chciał te emocjonujące rzeczy w miejscach pokazać. Mówił automatycznie trochę przyciszonym tonem - to przez ciszę lasu. Mimo wichury, która śpiewała nad ich głowami, wydawało mu się, że głośniejszy dźwięk może przywołać tamte paskudztwa. Choć przy tym ambarasie... czy może one ich zgubiły? Albo znalazły lepszą ofiarę? Sauriel spojrzał w pustą noc za swoim ramieniem. Nic. Taka sama cisza. Sauriel oczywiście odpowiedział na wszelkie niezbędne pytania, które były mu dalej zadawane. Choć niektóre niewygodne rzeczy mógł pominąć. Jak zabójstwo Longbottoma. - Na Beltane chyba nadal walczą? - I znów - ni to pytanie ni stwierdzenie. Niepewność. Bo w zasadzie nie miał pojęcia, co tam się dzieje, w tym całym rozpierdolu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.