27.07.2023, 19:15 ✶
Suma przypadków: JAK TO JEST BYĆ POETĄ? DOBRZE?
Kupiłeś lub otrzymałeś w prezencie paczkę bombonierek. Po spróbowaniu jednej z czekoladek nie czułeś się dziwnie... aż do momentu, w którym postanowiłeś się odezwać. Przez dziwne zaklęcie, do końca dnia wszystko co mówiłeś rymował
Kupiłeś lub otrzymałeś w prezencie paczkę bombonierek. Po spróbowaniu jednej z czekoladek nie czułeś się dziwnie... aż do momentu, w którym postanowiłeś się odezwać. Przez dziwne zaklęcie, do końca dnia wszystko co mówiłeś rymował
To nie był najlepszy dzień w życiu Cathala.
Nie klasyfikował się także na listę tych najgorszych, ale na pewno Shafiq był zirytowany. Ktoś, kto go znał, może by to nawet dostrzegł – w pewnym napięciu mięśni ramion, nieco bardziej kamiennym niż zwykle wyrazie twarzy. Obca osoba nie miała zbyt wielu szans zorientować się w jego stanie emocjonalnym, bo jeszcze daleko było mu do szału, a przywykł takie rzeczy kryć, na tyle, na ile to możliwe.
Wszystko zaczęło się od bombonierki.
Cathal nie był wielkim wielbicielem słodyczy, ale nie miał też nic przeciwko nim. Kiedy więc ciotka podsunęła mu w prezencie czekoladki, zjadł, choćby z grzeczności. Nie był paranoikiem, niewiele osób miało powody, aby próbować go otruć, a już na pewno nie próbowałaby robić tego ciotka! Nie spodziewał się, że coś będzie nie tak. A już na pewno nie oczekiwał, że kiedy otworzy usta, by zapytać o najnowsze plany kluby archeologicznego, do którego ta należała… z jego ust wydobędzie się rymowanka.
Nawet nie potrafił rymować, do diaska. To znaczy: nie potrafił do tej pory, bo nagle okazało się, że rymy składają się same, i nie umie przestać. Inna sprawa, że były to raczej kiepskie rymy, które przyprawiłyby o uśmiech pełen politowania dowolnego poetę. A chociaż Cathal zazwyczaj miał głęboko w nosie, co ludzie o nim myślą, to w tym przypadku wiedział, że ten uśmieszek byłby słuszny… i tego nie potrafił znieść. Ciotka sądząc, że ten robi sobie z niej żarty, otworzyła usta, by go zganić i… też zrobiła to wierszem. Na tym etapie Cathal nie był już pewny, czy śmiać się, czy wkurwiać.
Oboje próbowali rozpraszania, ale nic to nie dało. Wszystko wskazywało na to, że winne są bombonierki. W końcu ciotka, wściekła jak całe stado os, pognała gdzieś – a Shafiq zakładał, że człowieka, który ofiarował jej albo sprzedał te czekoladki, czeka wkrótce bardzo nieprzyjemne spotkanie. Ciotka z pewnością wygłosi długi, bardzo grzeczny i bardzo niszczący wykład na temat bycia idiotą. Wierszem. On tymczasem wziął kilka czekoladek, sakiewkę i udał się prosto na Pokątną, znaleźć najbliższy zakład alchemiczny.
Owszem, chętnie udusiłby gościa, który tak go urządził, ale upewnienie się, jak szybko przejdzie ten efekt, a najlepiej jego zniwelowanie natychmiast, stało się priorytetem.
Koło południa na progu zakładu alchemicznego stanął więc bardzo wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Włosy miał jasne, z natury blond, a teraz jeszcze rozjaśnione od słonecznych promieni. Twarz i ręce opalone i to mocno – bez wątpienia nie przez angielskie, wiosenne słońce. Dość niedbale ubrany, uczesany też niezbyt starannie. W dłoni trzymał pudełko czekoladek.
Spojrzenie jasnych oczu przesunęło się po zakładzie, po sprzedawczyni, a potem podszedł do lady. I wolną ręką zaczął szukać w kieszeni notatnika. Bo nie. Nie miał ochoty obecnie się odzywać. Do nikogo, a już na pewno nie do obcej osoby…