Czy ludzie sami z siebie ofiar nie robią? Ty Saurielu chcesz się schować pod postacią uroczego, małego czarnego kota. W niektórych kulturach są symbolem pecha. Chcesz na siłę odpychać, chować się, robić z siebie złego i niedobrego, bo los zgotował tobie takie, a nie inne kłody. Kłody, których nie zwalczyłeś, a się poddałeś, wszedłeś w te buty, które ci podsunięto i po prostu popłynąłeś. Dellian za to próbował, chciał pomagać, chciał się śmiać, chciał być normalny i dobry, a nie użalać się nad sobą, że jego los jest chujowszy od twojego. Starał się dawać nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że sobie poradzi i nadal próbuje. Potyka się o te kłody, ale idzie dalej, bo zawsze w każdej sytuacji znajdzie dla siebie coś dobrego. Zegar tykał, bił i wprowadzał w ludzkie serca obawę, strach i tylko od nich zależało, czy chwycą te rzeczy i wypchną z siebie na innych, czy zwalczą je i zakopią głęboko w duszy, aby już nikt nigdy nie poczuł się w ten stłamszony sposób. Dellian nauczył się radości otoczony współczuciem, szeptami i smutkiem, słowami, że nie da rady, że prędzej czy później zginie. Nauczył się funkcjonować odgadując emocje innych. Już dawno poddał się w szukaniu lekarstwa na ślepotę, jego ojciec zapewne nadal szuka zadośćuczynienia, ale Dellian w pewnym stopniu pogodził się w swoim doświadczaniu świata. Umrzeć każdy kiedyś umrze, a czy będzie to zderzenie ze ścianą zbyt mocne, aby przeżyć, czy po prostu starość nie miało znaczenia.
Czy budowanie swojego ciała na wzór greckiego Adonisa nie było, tylko skorupą? W środku chcesz być puchatym kotkiem, a na zewnątrz tworzysz czarną panterę, która rozszarpie samym spojrzeniem. Dellian tego nie dostrzeże, jeśli pokażesz mu, że mu pomożesz on w to uwierzy. Uwierzy, że jesteś puchatym kotkiem i nie pozwoli ci być w jego towarzystwie tym drapieżnikiem, którym jesteś. Uważasz, że ludzie są niegodni twojego towarzystwa, ale stają się tacy, bo tak ich rysujesz. Te łańcuchy możesz sam zniszczyć, może je zrzucić, ale musisz chcieć, musisz przeskoczyć nad kłodami i się im nie poddawać. Dellian pomimo ciężkiego życia w czarodziejskim świecie czuł się lekki, pełny dobrych myśli. Lubił podrywać ludzi, lubił ich wprowadzać w zakłopotanie, lubił żartować ze swojej ułomności i nikt nie wmówi mu, że musi być smutny, bo jest ślepy. Spotkał w swoim życiu ogrom ślepych ludzi, ogrom osób, które nie dostrzegały otoczenia, nie czuły emocji i tego, że ktokolwiek chciałby istnieć w przestrzeni tamtych osób. Najpierw spotkał Kenzie, która nie chciała dostrzec jego zalotów, a potem Cynthie, która również nie widziała tego, że chciał uczynić ją wyjątkową, że chciał odciągnąć ją od problemów. Wszyscy widzieli w nim ofiarę, ale on nie czuł się ofiarą, nie chciał się stłamsić bardziej niż zrobił to ten durny los.
Dellian paplał tylko w sytuacjach, w których nie wiedział jak się zachować. To, że Sauriel go prowadził nie było dla niego komfortowe, ale nie mógł też narzekać, bo zapach i ciało Rookwooda zaliczało się do atrakcyjnych. Lubił ludzi dbających o siebie, chowających się za skorupą bezsensownych mięśni. Lubił ludzi pachnących i pozwalających się dotykać. Nie było tutaj żadnych podtekstów, ale sam fakt, że Sauriel, Czarny Kot, Samotnik Wszechświata, Potężny Zabijający Nadzieje Ludzkie na Lepsze Jutro pozwolił się dotknąć, pozwolił stanąć blisko był faktem zadowalającym. Dellian nie miał zamiaru sam z siebie się od niego odsuwać. Chciał zobaczyć jak długo niepomagający innym ludziom Sauriel pozwoli się wykorzystywać, pozwoli udowadniać sobie, że w sercu nadal ma iskierkę dobra, którą ktoś kiedyś pewnie będzie mógł rozniecić. Nie, nie był to Dellian, nie chciał być osobą, która będzie naprawiać Sauriela.
Czuł w tyle głowy pulsujący ból, który nie pozwalał mu myśleć, ale nie przejmował się. Bawiła go obecność Sauriela. Pomasował tył głowy, przejął swój plecak z uśmiechem, szczerym, dziecinnym, zadziornym. Wyciągnął swoją różdżkę, ale nie po to, aby atakować. Patyk magiczny wybierający sam właściciela pomagał mu w poruszaniu się, w nie wpadaniu na ściany, był kolejnym przewodnikiem.
– Stoję – odpowiedział nadal czując się rozbawiony, ale spięty gdzieś w środku. Nie chciał jednak, aby Sauriel widział, że to, co wydarzyło się jakiś czas temu wpłynęło na niego. Wróci do domu i opowie o tym kotu, powie, że się wystraszył i już nigdy nie pójdzie bez niego na spacer. – Nie rozumiem czemu nie lubisz pomagać? – zmarszczył brwi, a gdy dostał propozycję zapalenia z chęcią przyjął fajkę. Nie, nie palił. Jako nastolatek w szkole zdarzyło mu się zapalić, ale szybko odkrył, że zapach fajek nie był przyjemny, ale teraz chciał odciągnąć myśl nikotyną, śmierdzącą i nieprzyjemną. Chciał złościć się na dym fajkowy, a nie na to, że ktoś chciał wykorzystać jego słabość. Zabolało, ale uśmiech malował się na jego twarzy cały czas. Opcja zastępcza brzmiało ładnie. Nawet by się tym zadowolił, ale nie był na tyle żałosnym, aby mu o tym mówić. Tak, czasami ktoś się znalazł, tak czasami ktoś się przypałętał, aby pokazać swój altruizm w egoizmie, a potem zostawał sam. Zgadł jak mało kto. – Wiem Sauriel. Nie posądzałbym cię nigdy o bycie kimś, kto biega w pelerynie po uliczkach i ratuje ludzi w potrzebie, bo sam mi to powiedziałeś, że nie lubisz pomagać maluczkim. A co do samotności to ona jest pojęciem względnym – nie powiedział nic więcej, nie wyjaśnił mu na czym ta względność polega.