Lubiła przywitania, lubiła „dzień dobry”, „dobry wieczór”, „cześć, kochanie” i tak dalej. Nawet, jeśli wiedziało się, że dana osoba życzyła nam dobrze – to przypomnienie było miłe, a pewna rutyna wypracowana pomiędzy dwojgiem ludzi wprowadzała pewien spokój do umysłu i duszy – zwłaszcza, jeśli emocje miało się rozedrgane. A noc-dobry dla wampirów przecież już było: „dobra noc” na ten przykład, chociaż w głowie Victorii lepiej brzmiał ten wieczór. A poza tym to „dzień” nie musiał oznaczać okresu, w którym było jasno, bo dzień kręcił się kalendarzem i składał się na poranek, południe, popołudnie, wieczór oraz noc.
- Hm, wiem – to „hm” było cichym zaśmianiem się, bo jak już wspomniałam – Victoria w zupełności zdawała sobie z tego sprawę, natomiast jako że ciągle byli na etapie poznawania się (i docierania…), to pewne potwierdzenia bardzo wiele potrafiły jej poukładać i ułatwić. - Rozumiem – przytaknęła. Utrzymywanie tej ściemy było tak właściwie kluczowe, w myśl zasady, że jeśli powtórzysz jakieś kłamstwo tysiąc razy, to stanie się one prawdą – a na pewno część osób ci uwierzy i da spokój. Zasieje ziarno niepewności w tych, którzy nie mieli twardych dowodów. O to właściwie chodziło. - Moim zdaniem nie powinieneś z tego rezygnować tak na wszelki wypadek – ofiarowała mu swoją fachową radę profesjonalisty, za jedyne zero galeonów, zero sykli i zero knutów; całkowicie pro bono.
- Pamiętam – jak mogłaby zapomnieć… Raz że naćpany, dwa, że miał rany zadane ostrym narzędziem. Gdyby nie był wampirem… To całkiem możliwe, że już byłby martwy i znalazłaby tylko jego ciało. A i tak znalazła go tylko dlatego, że próbował się wtedy podnieść i narobił hałasu w zaułku. A co jeśli w ten sposób dosięgłyby go promienie słońca? O to bała się najbardziej. - Czemu nic nie powiedziałeś? Pomogłabym ci to załatwić czysto i bez późniejszych problemów – zemsta i odpłacenie za wyrządzone krzywdy – całkowicie rozumiała ten koncept i przecież nie zostawiłaby Sauriela w potrzebie. I teraz tez nie zamierzała, tym bardziej, ze tej pomocy potrzebował – żeby go z tego gówna wykaraskać z jak najmniejszą szkodą dla niego i jego imienia. Nic nie powiedziała na to, że wiedział, że skaszanił. Po prostu pociągnęła papierosa, myśląc nad tą sprawą, układając w głowie to, co jej powiedział. - Do czego teraz potrzebujesz mojej pomocy? – zapytała w końcu wprost, nie do końca pewna gdzie się umiejscowić w tej całej historii.