Każdy dom był inny. U Victorii mówiono dzień dobry. Mówiono do widzenia. Mówiono dobranoc. Wręcz tego wymagano – zwłaszcza od niej, dobrze urodzonej pannicy, nawet pomimo kłótni w domu – grzeczność musiała zostać zachowana. Czasami ją odpuszczano – jak wtedy, gdy przyszła „dobra nowina”, że ma wyjść za Rosiera. Wtedy nie umiała zachować kamiennej twarzy i życzyć miłego dnia, gdy w złości odchodziła na miękkich nogach od stołu. Ale mimo tych surowych zasad w domu – nie kojarzyło jej się to źle, zwłaszcza jeśli kierowała to do lubianych przez nią osób.
- Hmm – mruknęła znowu i uśmiechnęła się, po czym zapatrzyła nieco pod skosem na Sauriela, kiedy tak opierała się o tę ścianę. A co ją tak rozbawiło? Własne myśli. - Zabawne, właśnie myślałam o tym samym – rozwinęła, by biedny mężczyzna nie musiał się domyślać, co też kobiecie chodzi właśnie po głowie i co ją tak rozbawiło. I tak by nie zgadł. Sama też wielką fanką kłamstw nie była, ale czasami… cel uświęcał środki. A priorytety Victorii wyglądały tak: bliscy > praca > inni. Sauriel przez ostatnie pół roku pomalutku awansował z „inni” do „bliscy” i tak oto… była tutaj.
Victoria nie miała problemu z wykonywaniem poleceń, ale sama też była na tyle kreatywna, by móc przejąć nad czymś dowodzenie. Jednak… wdała się trochę w matkę, jednak wolała mówić, że sama kieruje się logiką, a nie czystymi zyskami – ale czyżby? W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni… Nietrudno było jednak zauważyć, że Tori obdarzona była jednak nieco innym zestawem cech charakteru niż Isabelle, więc i wypadało to zupełnie inaczej, nawet jeśli gdzieś tam w działaniach były zbieżne. No i… Tak, Sauriel wolał robić, a nie myśleć, wolał by mu ktoś wskazał kierunek. Ale… To już Victoria zauważyła – kiedy stawał się taki zdecydowany, władczy nawet – na brodę Mrelina, ależ jej się to podobało! By nie powiedzieć, że dostrzegała, że ją to kręci. Pojebane.
- Co praca. Jestem tu prywatnie, a nie zawodowo. Mojej pracy w to nie mieszaj – Victoria bardzo to oddzielała. Stawiała jasną kreskę pomiędzy tym, co było pracą, a tym, co jej czasem prywatnym POZA nią. Wszystko co związane z Saurielem było mocno prywatne – bo inaczej musiałaby się zastanawiać, czy go jednak nie aresztować. - Pomogłabym ci tak, żebyś nie musiał tego robić – duuh, to chyba oczywiste. Zabiłaby człowieka – gdyby musiała się bronić. Zabiłaby człowieka – gdyby zagrażał komuś jej bliskiemu; może by się zawahała, może nie. Ale Victoria nie była czysta jak łza, w tej pracy nie było miejsca na aż takie sentymenty. Odpowiedziała mu tak samo: spojrzeniem w oczy. Nie żadnym wycofaniem się, nie z chęcią ucieczki – czyste, mocne spojrzenie w czarną otchłań. Ładne miał te oczy. - No dobrze… A łatwiej będzie ich znaleźć? Czy zrobić tak, że jeśli coś wypaplają, to będzie to do niczego? – nie wiedziała o jakiej skali rozmawiali, więc nie wiedziała, jak w ogóle ocenić sytuację. Czy lepiej ruszyć w poszukiwania zaginionej dwójki, ukryć ich, albo… zmodyfikować im pamięć… czy jednak lepiej podziałać od środka. - Gdzie ich do tej pory szukałeś? – zapytała po chwili.
Ach, naprawdę. Jak trwoga to do… Victorii. Nie odmówiła by mu, nie w takiej sytuacji. Łatwiej byłoby to sprzątać nim nabałaganił, ale no cóż, mieli co mieli.