30.07.2023, 00:51 ✶
Ciekawa byłaby debata tej dwójki, gdyby wszystkie myśli znalazły ujście w słowach. Myśleli podobnie, a jednak pojedyncze rzeczy zdawały się ich różnić. Miał rację, mieli szczęście w nieszczęściu, a Czarodzieje, którzy nie mogli poszczycić się tak srebrną bądź błękitną, przesiąkniętą mocą krwią, jak oni mawiali, że byli biedakami w luksusach, którzy doceniają tylko to, co powierzchowne. Oczywiście przemawiała przez nich zazdrość o każdy aspekt życia i tego, co ono dla przedstawicieli szlachetnej dwudziestki ósemki dawało. Przestała już zauważać ten specyficzny rodzaj spojrzenia, gdy rozmawiała z kimś gorszym, chociaż osobie, z którą rozmawiała, nigdy nie dała poznać, że czuje się lepsza. Nie było to opłacalne w szerszym rozrachunku, warto było furtki zostawiać otwarte, albowiem nigdy nie wiadomo, do czego i kiedy druga osoba może się przydać.
Nie musiał nic mówić o swoim niezadowoleniu, bo nawet jeśli brakowało słów i jasnych emocji na twarzy, była w stanie to rozpoznać. Zupełnie nic sobie z tego nie robiła, wszak wyciągnęła do niego pomocną dłoń po prostu, ot tak z kaprysu i trochę też przez wzgląd na przyszłość. Nigdy nie wiadomo, kiedy Yaxley lub jego stanowisko okażą się przydatne. Sam był sobie winien własnego stanu, był nieodpowiedzialny, nie było tu miejsca na współczucie.
- Tak, to prawda. Zmarli nauczą więcej o żywych, niż będą w stanie przekazać nam żyjący. - zgodziła się, pozwalając sobie na delikatny ruch ramion, po czym po zdjęciu talerzyka, upiła nieco i przegryzła rogalika. Kruche, słodkawe ciasto było naprawdę wyborne. Cynthii do domu się wcale nie śpieszyło, mogła tkwić nad raportami do rana. Usiadła więc wygodniej, przyglądając się mężczyźnie nieco uważniej, bo teraz miała ku temu lepszą okazję. Nie mógł chyba narzekać na brak popularności, a jednak nie umiała skojarzyć, przypomnieć sobie, czy jego rodzina pierworodnego już wyswatała z przedstawicielką jakiegoś godnego rodu. Bycie przyszłą głową było czymś prestiżowym, ale równocześnie wymagało większej odpowiedzialności, nieskazitelnego wizerunku. - Lepiej się Pan czuje? Krew przestała lecieć, dobrze. - skomentowała jego sprawdzanie chusteczki, samej zerkając w stronę nosa. - Jeśli Pan ma dużo pracy w biurze w kolejnych dniach, mogę Panu przygotować odpowiednią mieszankę i wysłać sową lub przynieść do gabinetu. Nie obciążają organizmu jak powszechnie dostępne eliksiry, a mają znacznie większe spektrum działania. Mój ojciec byłby spokojny, wiedząc, że syn jego przyjaciela będzie miał mieszankę w zanadrzu. Wszak nie przystoi nam.. - urwała, posyłając mu jedynie krótkie i bezpośrednie spojrzenie. Doskonale wiedział, o czym mówiła. Musieli pozostać swoimi najlepszymi wydaniami, ścigać ideały i spełniać oczekiwania na wyboistej drodze ambicji własnej oraz ich rodziców. Taki już los czystokrwistych. Dokończyła rogalika, upewniając się subtelnym ruchem, że żaden okruszek nie został w okolicach ust lub na sukience, przez co na chwilę przeniosła błękitne tęczówki z twarzy towarzyszącego jej w prosektorium mężczyzny.
Nie musiał nic mówić o swoim niezadowoleniu, bo nawet jeśli brakowało słów i jasnych emocji na twarzy, była w stanie to rozpoznać. Zupełnie nic sobie z tego nie robiła, wszak wyciągnęła do niego pomocną dłoń po prostu, ot tak z kaprysu i trochę też przez wzgląd na przyszłość. Nigdy nie wiadomo, kiedy Yaxley lub jego stanowisko okażą się przydatne. Sam był sobie winien własnego stanu, był nieodpowiedzialny, nie było tu miejsca na współczucie.
- Tak, to prawda. Zmarli nauczą więcej o żywych, niż będą w stanie przekazać nam żyjący. - zgodziła się, pozwalając sobie na delikatny ruch ramion, po czym po zdjęciu talerzyka, upiła nieco i przegryzła rogalika. Kruche, słodkawe ciasto było naprawdę wyborne. Cynthii do domu się wcale nie śpieszyło, mogła tkwić nad raportami do rana. Usiadła więc wygodniej, przyglądając się mężczyźnie nieco uważniej, bo teraz miała ku temu lepszą okazję. Nie mógł chyba narzekać na brak popularności, a jednak nie umiała skojarzyć, przypomnieć sobie, czy jego rodzina pierworodnego już wyswatała z przedstawicielką jakiegoś godnego rodu. Bycie przyszłą głową było czymś prestiżowym, ale równocześnie wymagało większej odpowiedzialności, nieskazitelnego wizerunku. - Lepiej się Pan czuje? Krew przestała lecieć, dobrze. - skomentowała jego sprawdzanie chusteczki, samej zerkając w stronę nosa. - Jeśli Pan ma dużo pracy w biurze w kolejnych dniach, mogę Panu przygotować odpowiednią mieszankę i wysłać sową lub przynieść do gabinetu. Nie obciążają organizmu jak powszechnie dostępne eliksiry, a mają znacznie większe spektrum działania. Mój ojciec byłby spokojny, wiedząc, że syn jego przyjaciela będzie miał mieszankę w zanadrzu. Wszak nie przystoi nam.. - urwała, posyłając mu jedynie krótkie i bezpośrednie spojrzenie. Doskonale wiedział, o czym mówiła. Musieli pozostać swoimi najlepszymi wydaniami, ścigać ideały i spełniać oczekiwania na wyboistej drodze ambicji własnej oraz ich rodziców. Taki już los czystokrwistych. Dokończyła rogalika, upewniając się subtelnym ruchem, że żaden okruszek nie został w okolicach ust lub na sukience, przez co na chwilę przeniosła błękitne tęczówki z twarzy towarzyszącego jej w prosektorium mężczyzny.