30.07.2023, 00:53 ✶
Wiedziała, że zarówno William, jak i Lycoris ucieszy lub raczej zaintryguje fakt, że względnie nowa osoba w ich chłodnych prograch zwracała na takie rzeczy uwagę, nie szła na łatwiznę. Niewiele osób było tak zafascynowanych śmiercią, aby to doceniać. Wszak raport o nieboszczyku nie bardzo zmieni już jego los, więc po się starać? Wielu stażystów myślało w tak okropny, płytki sposób. Przytaknęła więc już bez słowa, pozwalając sobie na posłanie mu krótkiego uśmiechu, lub raczej na uniesienie delikatnie kącików ust ku górze. Zupełnie, jakby chwaliła go w ten swój specyficzny, mało wylewny sposób. Wszak Cynthia była, jest odrobinę upośledzona emocjonalnie, co z drugiej strony sprawiało, że była doskonała w roli, którą w Ministerstwie i w życiu sobie obrała. Ze słabości zawsze należało wyciągać coś, co można było przekształcić w siłę.
- Nie chciałam Cię urazić, to tak z przyzwyczajenia. - wyjaśniła od razu, nie chcąc nieporozumień lub tego, aby poczuł się w jakikolwiek sposób źle. Lycoris zawsze wymagała od niej uzasadnień swoich słów, teorii, ciekawostek — ucząc się pod jej okiem, musiała dawać z siebie więcej, niż wszystko. I zupełnie kobiecie to nie przeszkadzało. - Panna Black zawsze wszystko dokładnie tłumaczy, gdy z nią pracuję. - dodała mimowolnie, nie chcąc rzucić nawet cienia podejrzeń na swoją osobę. Wszak była słodką, niewinną i uroczą blondynką, która z każdym dzieliła się kawą lub ciastkami, zawsze oddawała raporty przed czasem, brała nad godziny i nawet tutejsza recepcjonistka miała do niej słabość. Niczym pająk, stworzyła sobie skutecznie działającą na terenie Ministerstwa sieć, po której mogła przemieszczać się zgodnie z potrzebą. Należało jednak pamiętać o tym, aby jasnych nitek nie naciągać lub nie zostawiać zbyt słabo splątanych, wówczas nie działały prawidłowo. Nie okłamała go też wcale, bo przypadki ofiar czarnej magii zdarzały się naprawdę często — ba, na tyle, że sporo autopsji zrobiona była przez to powierzchownie, bo wszystko zrzucali na nią.
Podążyła za nim wzrokiem, wciąż mając dość pogodny, uroczy wyraz twarzy. Zupełnie, jakby gestem tym nagłym i zainteresowaniem jej schlebiał. Na biurku nie było niczego, poza pracą biurową i książką na temat ziół występujących na terenie Europy i ich zastosowania. Zadarła nieco głowę, uważniej lustrując twarz młodego Rookwooda. Był zupełnie inny od Sauriela, nie przypominał też swojego ojca. Blondynka zawsze dużo obserwowała, a obracając się w tak różnorodnym towarzystwie, wiele plotek słyszała. Odkąd dowiedziała się o swoim przyjacielu i jego zaangażowaniu w sprawę niesioną przez Voldemorta, wiele się jej rozjaśniło. Nie snuła jednak podejrzeń otwarcie, nie była to jej sprawa, kto, w co wierzył i co niósł w sercu. Nie dotoczyło to Cynthii w żaden sposób, więc nawet jeśli był poplecznikiem, trudno. Przytaknęła więc, a twarz jej spoważniała. - To niepokojące, te głoszone przez niego monologi. Rozumiem chęć zachowania czystej krwi, aby skuteczność magicznych umiejętności i potencjału była jak najlepsza, ale posługiwać się takimi metodami oraz słowami.. - westchnęła nawet, dodając nutę dramatyzmu i smutku do swojego krótkiego słowotoku, który musiała wymownie popić naparem, jakby zaschło jej w gardle. Zwilżyła wargi, pozbywając się z nich resztek przyjemnego, rozgrzewającego posmaku i przez chwilę milczała, wsłuchując się w krople deszczu. - Wielu było takich skandalistów, którzy z czasem znikali, zapomniani przez społeczeństwo, gdy prasa milkła na ich temat. Może ciemne chmury, które przyniósł, rozpłyną się równie szybko? - odpowiedziała w końcu, uwieńczając wszystko retorycznym pytaniem. Trudno było stwierdzić, w jakim stopniu poważnie jego oraz jego poczynania należało traktować. Wszak wielu było mugoli, a jeszcze więcej mieszańców, którzy władali różdżkami w ten sam sposób, co oni. No, może z mniejszą klasą. - Jeśli chcesz, możemy zrobić sobie przerwę w pokoju, usiądziesz wygodnie. - zaproponowała, wstając i łapiąc za naczynie, a potem za ciastka. Skierowała się do pomieszczenia przynależącego do prosektorium, gdzie była kanapa, stolik, niewielkie biurko oraz regał — coś, co bardziej przypominało mały i przytulny gabinet, a nie kostnice. Odłożyła rzeczy na stolik, a następnie usiadła, opierając się wygodnie. Plecy miała prosto, wsunęła się więc głęboko, zakładając nogę na nogę i poprawiła materiał ubrania, prostując go na nogach. Chwila przerwy dobrze im zrobi, wszak mnóstwo pergaminów dziś wypisali.
- Nie chciałam Cię urazić, to tak z przyzwyczajenia. - wyjaśniła od razu, nie chcąc nieporozumień lub tego, aby poczuł się w jakikolwiek sposób źle. Lycoris zawsze wymagała od niej uzasadnień swoich słów, teorii, ciekawostek — ucząc się pod jej okiem, musiała dawać z siebie więcej, niż wszystko. I zupełnie kobiecie to nie przeszkadzało. - Panna Black zawsze wszystko dokładnie tłumaczy, gdy z nią pracuję. - dodała mimowolnie, nie chcąc rzucić nawet cienia podejrzeń na swoją osobę. Wszak była słodką, niewinną i uroczą blondynką, która z każdym dzieliła się kawą lub ciastkami, zawsze oddawała raporty przed czasem, brała nad godziny i nawet tutejsza recepcjonistka miała do niej słabość. Niczym pająk, stworzyła sobie skutecznie działającą na terenie Ministerstwa sieć, po której mogła przemieszczać się zgodnie z potrzebą. Należało jednak pamiętać o tym, aby jasnych nitek nie naciągać lub nie zostawiać zbyt słabo splątanych, wówczas nie działały prawidłowo. Nie okłamała go też wcale, bo przypadki ofiar czarnej magii zdarzały się naprawdę często — ba, na tyle, że sporo autopsji zrobiona była przez to powierzchownie, bo wszystko zrzucali na nią.
Podążyła za nim wzrokiem, wciąż mając dość pogodny, uroczy wyraz twarzy. Zupełnie, jakby gestem tym nagłym i zainteresowaniem jej schlebiał. Na biurku nie było niczego, poza pracą biurową i książką na temat ziół występujących na terenie Europy i ich zastosowania. Zadarła nieco głowę, uważniej lustrując twarz młodego Rookwooda. Był zupełnie inny od Sauriela, nie przypominał też swojego ojca. Blondynka zawsze dużo obserwowała, a obracając się w tak różnorodnym towarzystwie, wiele plotek słyszała. Odkąd dowiedziała się o swoim przyjacielu i jego zaangażowaniu w sprawę niesioną przez Voldemorta, wiele się jej rozjaśniło. Nie snuła jednak podejrzeń otwarcie, nie była to jej sprawa, kto, w co wierzył i co niósł w sercu. Nie dotoczyło to Cynthii w żaden sposób, więc nawet jeśli był poplecznikiem, trudno. Przytaknęła więc, a twarz jej spoważniała. - To niepokojące, te głoszone przez niego monologi. Rozumiem chęć zachowania czystej krwi, aby skuteczność magicznych umiejętności i potencjału była jak najlepsza, ale posługiwać się takimi metodami oraz słowami.. - westchnęła nawet, dodając nutę dramatyzmu i smutku do swojego krótkiego słowotoku, który musiała wymownie popić naparem, jakby zaschło jej w gardle. Zwilżyła wargi, pozbywając się z nich resztek przyjemnego, rozgrzewającego posmaku i przez chwilę milczała, wsłuchując się w krople deszczu. - Wielu było takich skandalistów, którzy z czasem znikali, zapomniani przez społeczeństwo, gdy prasa milkła na ich temat. Może ciemne chmury, które przyniósł, rozpłyną się równie szybko? - odpowiedziała w końcu, uwieńczając wszystko retorycznym pytaniem. Trudno było stwierdzić, w jakim stopniu poważnie jego oraz jego poczynania należało traktować. Wszak wielu było mugoli, a jeszcze więcej mieszańców, którzy władali różdżkami w ten sam sposób, co oni. No, może z mniejszą klasą. - Jeśli chcesz, możemy zrobić sobie przerwę w pokoju, usiądziesz wygodnie. - zaproponowała, wstając i łapiąc za naczynie, a potem za ciastka. Skierowała się do pomieszczenia przynależącego do prosektorium, gdzie była kanapa, stolik, niewielkie biurko oraz regał — coś, co bardziej przypominało mały i przytulny gabinet, a nie kostnice. Odłożyła rzeczy na stolik, a następnie usiadła, opierając się wygodnie. Plecy miała prosto, wsunęła się więc głęboko, zakładając nogę na nogę i poprawiła materiał ubrania, prostując go na nogach. Chwila przerwy dobrze im zrobi, wszak mnóstwo pergaminów dziś wypisali.