Wiele pewnie zależało też od charakteru samego dziecka… Metody Isabelle podziałały na Victorię – może i była mometami wycofana, ale okazywało się też, że całkiem nieźle radziła sobie z obserwacją otoczenia, z tym by pomyśleć nim coś powie i zrobi – cóż, za to były w domu kary, za mówienie hop, gdy nie wiedziało się dokąd w ogóle skakać. Matka zaszczepiła w Victorii ambicję, może nawet głód wiedzy, ale te metody sprawiły na pewno jedno – ukończyła Hogwart z naprawdę wysokimi wynikami, prawie każda kariera stała przed nią otworem (no… oprócz Quidditcha, w końcu Viki bała się wysokości, ale ten sport mało ją interesował tak czy siak). Tylko jakim kosztem? Brunetka marzyła o tym, żeby w jej rodzinie, tej przyszłej, wyglądało to zupełnie inaczej. Marzyła o cieple, wsparciu… I o wielu innych rzeczach.
- To jest wtedy prawda dla otoczenia, nic poza tym, ale nic więcej nie jest potrzebne – stwierdziła, nadal nieco rozbawiona. Nie chodziło o magiczną zmianę rzeczywistości, wymazania przeszłości i zmienienie jej, tylko o to, by inni nie znali prawdy. Nic więcej. Ale to dokładnie to, co było tutaj potrzebne, żeby nie można było się dokopać do prawdy.
- Nie, w tej chwili nie jest – jej praca została w Biurze Aurorów i nie wzięła jej ze sobą. Mogłaby ją wmieszać, mogłaby wykorzystać swoją pozycję… Ale nie chciała tego robić z kilku powodów. Była więc tutaj jako Victoria Lestrange, a nie jako aurorka, która weszła do Limbo i przeżyła… Startowała więc jako pomoc z pozycji osoby, która nie ma wglądu w akta i raporty, kto nie może wejść do aresztu, przepytać ludzi. Nie. Musieli sobie poradzić z tym problemem w inny sposób. - Zrozumiałam to za pierwszym razem. Odpowiadałam ci tylko na pytanie, więc nie, nie pomogłabym ci w tym. Pomogłabym ci tego nie zrobić – naprawdę nie musiał jej tłumaczyć tego jak chłop krowie na rowie, nie była w ciemię bita, rozumiała aluzje i sugestie, a tamto pytanie nie pozostawiało zbyt wiele pola do zwątpienia w intencje. - Ale pomogłabym ci rozwiązać też problem – po prostu jeśli były inne wyjścia z sytuacji, to należało najpierw z nich skorzystać. Ostateczność… Jej nie dało się już cofnąć. Zazwyczaj się nie dało. A kto wie kto i jak się kiedyś przyda…
- Heh, wydusiła. Sypnął po prostu, nawet się nie łudź. Chronił własną skórę i tylko to się dla niego liczyło. Proszę cię, widziała go w knajpie, był świadkiem w twojej sprawie. Wystarczyło o niego popytać, poszukać, fakty same wskakują na miejsce, typ ma swoje za uszami. I jest obszczymajtkiem – Viki uniosła nieco brwi, opowiadając historię… Pozbawioną szczegółu, że Brenna nie była pewna jak wygląda William i miała tutaj pomoc Sauriela, ale nie o to chodziło. Opowiadała mu historię jaka powinna trafić w uszy półświatka i jaka powinna pozostać jako ta „prawdziwa”. - Więc sypnął swoich kolegów. Gdyby nie chciał to by nie gadał, nikt nie bawi się tam w wyduszanie czegoś siłą, to przecież nielegalne – a jakoś… No może gdyby to była sprawa która Brennę dotyczyła bardzo personalnie, może wtedy, wteeedy olałaby zasady prawa humanitarnego – ale tutaj Victoria sama przed sobą spekulowała, bo nie miała zielonego pojęcia co zrobiłaby Brenna. Ale jakoś nie sądziła, by ta cała sytuacja była dla niej personalna i nie wyobrażała sobie, by Williama czekało jakieś specjalne traktowanie w tej sprawie. - Ale w jednym masz rację, ona nie odpuści – strzepnęła popiół z końcówki papierosa od niechcenia. - Wydaje mi się, że w tej chwili najbezpieczniej byłoby przejść ich tropem jeszcze raz. Może coś pominąłeś, może ja zobaczę coś więcej – bezczynne czekanie nie było najlepszym pomysłem, a może po drodze stanie się coś, co zupełnie zmieni bieg tej historii?