Nie lubiła zmieniać twarzy. Czuła się wtedy jak intruz, jak nie ona. Całe szczęście, ze miała w domu jeszcze trochę zapasu eliksiru wielosokowego – właśnie na takie wypadki: zupełnie awaryjne. Kiedy rozdzieliła się wczoraj z Saurielem to nie udała się wcale od razu do domu, z bólem serca musiała pokręcić się po dzielnicy niemagicznej. Nie zamierzała narażać żadnego znajomego czy nieznajomego czarodzieja… wolała na tę historię przywdziać twarz jakiegoś mugola. Mugolki znaczy się – bo obawiała się, że jako facet mogłoby nie pyknąć zbyt wiele rzeczy. Zdobyła więc włos jakiejś kobiety w średnim wieku, już z pierwszymi oznakami siwizny i zmarszczkami. Ani przesadnie urodziwej, ani brzydkiej – zupełnie nijakiej według jej własnego gustu. Taka… Twarz niepodobna do nikogo. I to ten włos dodała do małego kociołka, a później obrzydliwą (to naprawdę był jednej z najobrzydliwszych eliksirów…) miksturę przełożyła do butelki i szczelnie zakorkowała, to miał być jej zapas na tę noc. Na wszelki wypadek. Dopiero przygotowana – żadnej odnzaki aurora, nic z tych rzeczy, ale różdżka, buteleczka w torebce, kilka innych eliksirów – wiggenowy, na ból i antidotum na ewentualne trucizny – wszystko to zabrała ze sobą, w torebce właśnie, ubrała się w coś podobnego jak wczoraj – ciemną, długą suknię na modłę czarownic, żadne drogie fatałaszki podkreślające urodę, nic z tych rzeczy. Wypiła pierwszą porcję mikstury – myślała, że się zerzyga, drugą myślą było, że w „tym wieku nie chciałabym tak wyglądać”, niedbale ułożyła włosy i teleportowała się na Nokturn, by już spokojnie dojść w umówione z Saurielem miejsce.
- Dobry wieczór – jej głos w tym ciele był chrapliwy i zupełnie się Victorii nie podobał, co oznajmiła chmurnym spojrzeniem. - Młodzieńcze, masz może ognia? – zaczęła, a to chmurne spojrzenie miało im już chyba towarzyszyć cały wieczór. I noc. - I co zapalić? Bo swoje to zapomniałam z domu, he he. He. Khe – nawet „przeszukała” swoją torebkę, żeby pokazać, że naprawdę ich nie ma. A potem zbliżyła się do Sauriela, by znacznie ciszej powiedzieć: - Po wszystkim wisisz mi drinka. Albo dwa.
A potem dała się oprowadzić po terenie, któremu przyglądała się bardzo uważnie, zastanawiając się, czy coś zostało pominięte; czy coś nie do końca pasuje do obrazka. Różdżkę miała w kieszeni sukienki, nie w torebce i kilka razy wysuwała ją, by dyskretnie machnąć i sprawdzić, czy nie było gdzieś rzucone jakieś zaklęcie maskujące. Póki co – nigdzie nic nie było.
- Nigdzie – odpowiedziała, tym nieswoim głosem i strasznie ją drażniło, że nie brzmi jak ona. - Jak już tu trafiłam, to nie pamiętałam po co. Łaziłam w kółko tam i z powrotem jak jakaś szurnięta baba, bo co chwile przypominało mi się coś innego, co było zaprzeczeniem tego wcześniejszego. A ostatecznie nie mogłam sobie przypomnieć gdzie w ogóle chciałam iść na samym początku – już mu mówiła, że Nokturn… Wiedziała, że jest na dobrej ulicy, ale nie wszystko poznawała. Albo mu nie mówiła? Sama już nie była pewna… - Pamiętam taką dziwną myśl, że moich znajomych już tutaj nie ma, bo się wynieśli gdzie indziej – poza Londyn. Albo do Podziemnych Ścieżek.