30.07.2023, 22:51 ✶
Wdrożenie się w rytm życia obozowych prac w przypadku Lety przyszło wręcz bezboleśnie – przecież ona wręcz żyła wykopkami i to od lat. I nie dość, że nimi żyła, to naprawdę duża część jej życia kręciła się wokół badań i tak dalej, i tak dalej, przez co wskoczenie ponownie w robocze ciuchy – po nazbyt długiej, wedle jej gustu, przerwie – było czymś wręcz upragnionym. Jak i cała reszta, jaka się z tym wiązała.
Rzecz jasna, niezależnie od tego, czy znajdowała się w dżungli, na pustyni czy też mieście, każdy dzień musiał zacząć się od kawy. Bez kawy nie było pracy i koniec, kropka. Bez kawy nie miała zamiaru nawet kiwnąć palcem, więc choćby się waliło i paliło – nie pojawiłaby się tu i teraz, w pełni gotowa do zmierzenia się z dzisiejszym zadaniem. A że klątwołamanie to jednak było głównie machanie różdżką, to też nie brała ze sobą specjalnie wielkiej torb – ot, wrzuciła do niej parę świeczek, termos z kawą (udał się mugolom wynalazek) na wypadek, gdyby jednak potrzebowała wspomagacza do myślenia i garść lizaków. A tak, i jeszcze swój aparat, tak całkowicie na wszelki wypadek.
W przeciwieństwie do Pandory, Leta miała wiele więcej doświadczenia – jak widać – w tego typu pracach archeologicznych i zdawała sobie sprawę z tego, iż w ruinach szło się natknąć na naprawdę sporo niespodzianek – stąd też nie skomentowała w żaden sposób słów Cala. Również i tych kończących się śmiercią – o czym nie dało się zapomnieć. Zwłaszcza teraz, gdy ponownie znajdowała się na Wyspach, razem z Calem – tak, wtedy to było inne miejsce, ale jednocześnie jednak to samo.
Historia zataczała koło? Oby nie. Może i Leta nie miała jakichkolwiek skrupułów, żeby pozbawić kogoś życia, co też już w przeszlości przecież uczyniła, to nie znaczyło to, iż cieszyła ją absolutnie każda śmierć. Zwłaszcza taka, która miałaby mieć miejsce podczas prac archeologicznych – raz, że szkoda fachowca, dwa, że zwiastowałoby to problemy, być może nawet większe niż wtedy, skoro znowu Crouch z Shafiqem byliby w to uwikłani.
- Świetnie – skwitowała widząc, jak pieczęć ewidentnie została przełamana. A jako że do tej pory jakoś tego nie zrobiła, to teraz właśnie związała nastroszone włosy (każdego ranka zdawały się coraz bardziej żyć własnym życiem, cholery jedne…), podchodząc do klapy – Dobra, dajcie mi tylko chwilę, bo jak zaczniecie w tym grzebać i odpalicie klątwę, to obawiam się, że cała reszta już będzie zbędna – zagderała, kucając przy przejściu. Tak, Cal niby dał im wybór, kto chce być pierwszy, ale… jak na jej gust, dalsze gmeranie przy czymś, co było obłożone klątwą, najzwyczajniej w świecie nie należało do rozsądnych rzeczy. Tak że sięgnęła po różdżkę i przez parę kolejnych minut w skupieniu rozpracowywała jeden z elementów zabezpieczeń. Może i chciała jak najszybciej się przekonać na własne oczy, co kryło się pod klapą, ale też zdawała sobie sprawę z faktu, iż nadmierny pośpiech mógł okazać się zgubny. Stąd też pracowała metodycznie, krok po kroku podważając struktury klątwy, rozsupłując jej sploty…
… w końcu odetchnęła głębiej i wstała, praktycznie od razu się cofając.
- Droga wolna, zapraszam – zakomunikowała, czyniąc dłonią dość wymowny gest.
Rzecz jasna, niezależnie od tego, czy znajdowała się w dżungli, na pustyni czy też mieście, każdy dzień musiał zacząć się od kawy. Bez kawy nie było pracy i koniec, kropka. Bez kawy nie miała zamiaru nawet kiwnąć palcem, więc choćby się waliło i paliło – nie pojawiłaby się tu i teraz, w pełni gotowa do zmierzenia się z dzisiejszym zadaniem. A że klątwołamanie to jednak było głównie machanie różdżką, to też nie brała ze sobą specjalnie wielkiej torb – ot, wrzuciła do niej parę świeczek, termos z kawą (udał się mugolom wynalazek) na wypadek, gdyby jednak potrzebowała wspomagacza do myślenia i garść lizaków. A tak, i jeszcze swój aparat, tak całkowicie na wszelki wypadek.
W przeciwieństwie do Pandory, Leta miała wiele więcej doświadczenia – jak widać – w tego typu pracach archeologicznych i zdawała sobie sprawę z tego, iż w ruinach szło się natknąć na naprawdę sporo niespodzianek – stąd też nie skomentowała w żaden sposób słów Cala. Również i tych kończących się śmiercią – o czym nie dało się zapomnieć. Zwłaszcza teraz, gdy ponownie znajdowała się na Wyspach, razem z Calem – tak, wtedy to było inne miejsce, ale jednocześnie jednak to samo.
Historia zataczała koło? Oby nie. Może i Leta nie miała jakichkolwiek skrupułów, żeby pozbawić kogoś życia, co też już w przeszlości przecież uczyniła, to nie znaczyło to, iż cieszyła ją absolutnie każda śmierć. Zwłaszcza taka, która miałaby mieć miejsce podczas prac archeologicznych – raz, że szkoda fachowca, dwa, że zwiastowałoby to problemy, być może nawet większe niż wtedy, skoro znowu Crouch z Shafiqem byliby w to uwikłani.
- Świetnie – skwitowała widząc, jak pieczęć ewidentnie została przełamana. A jako że do tej pory jakoś tego nie zrobiła, to teraz właśnie związała nastroszone włosy (każdego ranka zdawały się coraz bardziej żyć własnym życiem, cholery jedne…), podchodząc do klapy – Dobra, dajcie mi tylko chwilę, bo jak zaczniecie w tym grzebać i odpalicie klątwę, to obawiam się, że cała reszta już będzie zbędna – zagderała, kucając przy przejściu. Tak, Cal niby dał im wybór, kto chce być pierwszy, ale… jak na jej gust, dalsze gmeranie przy czymś, co było obłożone klątwą, najzwyczajniej w świecie nie należało do rozsądnych rzeczy. Tak że sięgnęła po różdżkę i przez parę kolejnych minut w skupieniu rozpracowywała jeden z elementów zabezpieczeń. Może i chciała jak najszybciej się przekonać na własne oczy, co kryło się pod klapą, ale też zdawała sobie sprawę z faktu, iż nadmierny pośpiech mógł okazać się zgubny. Stąd też pracowała metodycznie, krok po kroku podważając struktury klątwy, rozsupłując jej sploty…
… w końcu odetchnęła głębiej i wstała, praktycznie od razu się cofając.
- Droga wolna, zapraszam – zakomunikowała, czyniąc dłonią dość wymowny gest.