- Cieszy cię tęsknota? – to był ostatni tekst, jakiego by się mogła spodziewać w odpowiedzi i prawdę mówiąc nie był zbyt miły. Brzmiało to tak, jakby cieszył się, że wyglądała tak: czyli w żadnej mierze atrakcyjnie (przynajmniej według niej), jej myśli pogalopowały dalej, w te nieprzyjemne odczucia, których żadna kobieta nie chciała doświadczać, tym bardziej, że jej się nie podobało to, co przed wyjściem widziała w lustrze, a Sauriel się z tego cieszył i… Lestrange zamilkła na dłuższą chwilę, nieco oklapła, zastanawiając się co jest z nią nie tak, by w końcu westchnąć. A potem sapnąć kilka razy i znowu się zirytować – tym razem nie przez Sauriela, który nieświadomie wzbudzał w niej wiele nieproszonych uczuć. - Głupia sukienka – burknęła, po raz kolejny w ciągu drogi poprawiając materiał przy szyi i na rękach, bo tylko tam mogła to zrobić. Miała na sobie swoją sukienkę, a ciało, które teraz przyjęła zdecydowanie miało inną figurę. Kobieta była bardziej przy kości. - Jest trochę… za ciasna – poskarżyła się i ze złością obróciła rękaw ubrania, za ciasno leżący na skórze. Było jej też trochę za ciasno w ramionach i talii – no nie było to ubranie najlepiej dopasowane, ale jeśli chodziło o sprawianie pozorów to tym lepiej. Poszamotała się jeszcze chwilę z sukienką, pokręciła tułowiem, warknęła, sapnęła i się poddała.
- Poszukam jakiegoś specjalisty od dusz – rzuciła w odpowiedzi, właściwie niepytana, ale uznała, że chce się podzielić tą myślą – że rozważała jego słowa i pomysł, i uznała go za dobry i coś z tym zrobi. Tak, brała uwagi Sauriela do siebie. Szok.
Zmrużyła oczy, gdy zatrzymali się w jakimś zaułku i Rookwood wskazał jej cel ich wędrówki przez Nokturn. Bezdomnego zupełnie zignorowała, gdy koło niego przechodzili, a teraz upewniła się, że nie ma na nich widoku, ani że nie może ich słyszeć.
- Mhm – mruknęła do siebie, oceniająco, obserwując otoczenie i wskazany budynek. - Wchodziłeś do środka? – zapytała i wyciągnęła różdżkę z kieszeni. - Zakładam, że jest tam ustawiony alarm, nie zostawiliby tego miejsca tak o bez nadzoru – albo i zostawiliby, to w końcu Nokturn. Bezdomny pod jedną ze ścian też mówił wiele o tym, kto mógł się kręcić w pobliżu i z powodu kogo mogłoby to wezwać. Wolała jednak założyć gorszy scenariusz – że jednak coś zostało tutaj rzucone.
I dlatego Victoria też zamierzała rzucić zaklęcie. Machnęła ręką kilka razy, chcąc odczynić ewentualne zaklęcie – kilka razy, jeśli było silniejsze, wolała mieć pewność... Mogliby poczekać aż czar sam się wypali, ale aż tyle czasu nie mieli.
I wtedy to poczuła. Rzeczywiście coś było rzucone na budynek. Nie pomyliła się.
- Heh. A jednak – wymamrotała po czym wyprostowała się i wskazała ręką na budynek. - Panowie przodem – wychrypiała. I przysięgała, że następnym razem kiedy będzie musiała używać czyjejś twarzy, to upewni się, jaki ma głos. Ten wyjątkowo ją wkurwiał.