Sukienka nie była obcisłym kawałkiem materiału, który nie pozwalał ruszać nogami. W małej czarnej ciężko się biegało, to fakt, ale Victoria miała na sobie długą suknię, która w talii robiła się luźna aż do ziemi i gdyby była wystarczająco giętka, to mogłaby w niej zrobić nawet szpagat – tyle, że nie była. Przeszkadzało jej, że opinała ją ciaśniej, że właśnie – nie była wystarczająco szeroka w ramionach, tak ze była pewna, ze przy gwałtowniejszym ruchu jakiś szew pewnie pęknie z trzaskiem. Ale to nic, to nic. Nie bała się ewentualnej potyczki, była jednak wyszkolona w pojedynkach. Cholera, nie bała się stanąć twarzą w twarz z Voldemortem – a powinna. Adrenalina jednak w takich momentach robiła swoje. Tak czy siak – Sauriel nie musiał bawić się w jej obstawę, bo nie była panienką, która nie zna pracy w terenie i która zna bardziej… teoretyczne dziedziny, jak jakaś historia czy inne runy.
A jak to jest być skrybą, dobrze? Nie przemknęło to co prawda przez myśli brunetki, ale brzmiało dość absurdalnie. Na tyle, że – Morgano i Merlinie – nie wiedziała co ona mu ma odpowiedzieć. No kurna, jak to jak jest nosić sukienkę…
- Nooo… Normalnie. Wygodnie – odpowiedziała baaardzo inteligentnie, kiedy tak ostrożnie przechodziła przez pomieszczenie, uważnie rozglądając się za tym, gdzie stawia swoje kroki. Te skrzynie faktycznie poustawiane były tak, że robiły się z tego korytarzyki – bardzo irytujące. - Zależy od sukienki, jej kroju i przeznaczenia – zreflektowała się, kiedy już otrząsnęła się z zaskoczenia jakim było to pytanie. - Ta jest trochę za mała. Po prostu jak będę robić gwałtowniejszy ruch to się coś spruje pewnie – dodała i nie patrząc na Sauriela, kontynuowała swoje oględziny. - Musisz koniecznie spróbować na sobie, wtedy będziesz mieć pełny obraz sytuacji – ten chrapliwy głos nie był najlepiej przystosowany do sposobu, w jaki Victoria zazwyczaj żartowała, czyli śmiertelnie poważnie coś mówiła, i teraz brzmiało to trochę jakby mu groziła. I jednocześnie go trollowała. - Oddam ci połowę moich drinków, a potem… Potem się zobaczy – a potem da mu przymierzyć jakąś swoją kieckę. Nie mówiła mu tego, ale po pijaku miała naprawdę durne pomysły – póki co nie było się czym chwalić i był to też trochę powód, dla którego nie piła specjalnie dużo… ale było co opowiadać. Na przykład o tym jak z hukiem zakończyła swoją edukację w Hogwarcie.
- Hmm, dobrze wiedzieć. Ale piwnica na koniec – stwierdziła, przyglądając się z góry. Tak, z tej pozycji było widać, że faktycznie stoczono tutaj jakąś walkę. Kto z kim? BUM z obecnymi tutaj osobami? A może nie BUM, może wpadli tu nabałaganić po wszystkim? Albo jeszcze później…? Nie… Był nałożony alarm, który ściągnęła. - Musiała tu być jakaś walka, nie chodzi mi o porozwalane skrzynie, ale zobacz na te ściany. Na niektórych są ślady jakby osmolenia – wskazała palcem na ścianę prostopadłą do tej, na której były drzwi. Ale nic tutaj więcej nie widziała, nic też się nie ujawniło po tym, jak próbowała rozpraszać zaklęcia. - Nic tu nie ma, chodź na górę – odwróciła się i ruszyła po schodach. Musiała też złapać kawałek materiału sukienki, żeby jej nie przydeptać i nie wyrżnąć na głupi ryj.
Na górze… Nie było lepiej. Znaczy na pierwszym piętrze – a mieli do przejścia jeszcze dwa. Schemat się powtórzył, Victoria rzuciła zaklęcie rozpraszające magię, pokrążyła, popatrzyła – null. Nim ruszyła dalej, wydobyła z torebki zakorkowaną butelkę z jakimś… błotnistym czymś.
- Jakby mi miało wypaść z ręki to za żadne skarby do tego nie dopuść i błagam, złap to – powiedziała do Sauriela. Ta mikstura była stokroć ważniejsza od niej w tej chwili. Wyciągnęła korek, i skrzywiła się nim jeszcze szkło dotknęło jej ust. Nie jej ust. Ale jej. Wiecie o co chodzi… Pociągnęła solidny łyk i zachwiała się, łapiąc ręką barierki. Naprawdę wyglądało to tak, jakby miała upuścić buteleczkę, bo zaraz zachwiała się i skuliła, i wydała z siebie taki odgłos, jakby miała wymiotować. Albo już właśnie wymiotowała. Nic takiego się jednak nie stało.
- Naprawdę wisisz mi te drinki – powiedziała słabo. Pierwsza godzina odkąd wypiła miksturę dobiegała końca, a wolała nie ryzykować, że coś ich zaskoczy. Dopiero kiedy zakorkowana butelka wylądowała na powrót w torebce, ruszyła na drugie piętro. Tam schemat się powtórzył: zaklęcie rozpraszające – rzucone kilka razy i… Ot. Poczuła coś, od strony rogu pomieszczenia, w zupełnie niepozornym miejscu, bo nawet nie za jakąś szafą, a zupełnie na widoku.
- Tu coś jest – rzuciła do Sauriela. I faktycznie było. Wydrapany w ścianie symbol, który nic jej nie mówił – i którego przed chwilą na pewno nie było.