05.11.2022, 18:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2022, 18:14 przez Theseus Fletcher.)
- Przepraszam, bo nie powinienem czegoś takiego mówić. – teraz wzruszył ramionami. I nie przez to, że było mu obojętne. To był inny rodzaj rezygnacji, to nie dotyczyło jej, czy kogokolwiek innego. To było coś, co pewnie od jakiegoś czasu siedziało w nim skryte, jak za połami grubego, wełnianego płaszcza.
On sam sądził, że to uzewnętrznienie się, teraz, chwilę temu, nie powinno mieć miejsca. Wiedział mniej więcej jak ponuro potoczyłoby się jego życie za parę lat. Może pisaliby do siebie listy, które po paru miesiącach, latach… może szybciej, kto wie, stałyby się coraz rzadsze. Może zostałby tylko wspomnieniem bliskiego człowieka, ducha nieprzywiązanego do żadnego obrazu. Może wróciłby po jakimś czasie, z siwą brodą i wciąż młodymi oczami, w których nadal czegoś by brakowało. Nagle, kiedy te myśli, jedna po drugiej, przechodziły przez jego głowę, właściwie powtarzając już przerobione scenariusze, nagle nie chciał o tym rozmawiać. Gdzieś w sobie poczuł zakłopotanie, ukrywane stoicką twarzą z niewielkimi zmarszczkami niepokoju na czole, chowając się za zapalonym papierosem i za smugą nikotynowego dymu.
- Nie, nie. Ty nie zrobiłaś nic źle. – powtórzył to, o czym przed chwilą pomyślał. – To nie tak, że chciałbym wszystkich zostawić. – dodał, celowo nie mówiąc tylko o niej. Może to on nie chciał jej do siebie przywiązywać jeszcze bardziej. Przecież i tak byli już na tym etapie „przywiązania”, którego mało kto mógł doświadczyć. Tak mu się czasem zdawało. I pewnie chciał teraz wszystko naprawiać, może przygotowywać na ewentualny zawód, którego mógłby być potencjalną przyczyną. Wszystko to kotłowało mu się w głowie, powoli zmieniając w jedną wielką i pozbawioną sensu papkę.
- I nie chodzi o to, czego ja chcę. Czy ciebie zadowoliłoby, gdyby ktoś pstryknął palcami i dał ci… powiedzmy, że choćby tego smoka. Gdyby całą tę drogę ktoś za ciebie przeszedł? – przerwał. Zanim nie strzepnął resztek do szklanego naczynia na środku stołu, kawałek popiołu spadł na ziemię. Ciężko mu było patrzeć prosto w oczy Geraldine, wodził wzrokiem po obserwowanych jakiś czas temu kobietach. Zbierały się już do wyjścia lub zapłaty za swoje zamówienie.
- Nie miałem też na myśli, że byłbym niewdzięczny za taką pomoc. Byłbym po prostu... – Westchnął, zwiesił głowę, a potem podniósł na nią wzrok. Nie do końca wiedział jak to wszystko ująć. – Mam wrażenie, że wiesz o co mi chodzi. Sama jesteś uparta. I chcesz robić rzeczy po swojemu. – wytłumaczył jeszcze, nie chciał, żeby były między nimi jakieś nieporozumienia. – I samo to, że dałaś mi dzisiaj jakiś cel, podczas tej rozmowy… i cholera wiem, że to jest pieprzenie bzdur momentami to co mówię… nie wiem, może spróbujmy to z tymi zwierzętami. – machnął ręką w bliżej nieokreślonym geście. To była jakaś myśl, której mógł się uwiesić.
On sam sądził, że to uzewnętrznienie się, teraz, chwilę temu, nie powinno mieć miejsca. Wiedział mniej więcej jak ponuro potoczyłoby się jego życie za parę lat. Może pisaliby do siebie listy, które po paru miesiącach, latach… może szybciej, kto wie, stałyby się coraz rzadsze. Może zostałby tylko wspomnieniem bliskiego człowieka, ducha nieprzywiązanego do żadnego obrazu. Może wróciłby po jakimś czasie, z siwą brodą i wciąż młodymi oczami, w których nadal czegoś by brakowało. Nagle, kiedy te myśli, jedna po drugiej, przechodziły przez jego głowę, właściwie powtarzając już przerobione scenariusze, nagle nie chciał o tym rozmawiać. Gdzieś w sobie poczuł zakłopotanie, ukrywane stoicką twarzą z niewielkimi zmarszczkami niepokoju na czole, chowając się za zapalonym papierosem i za smugą nikotynowego dymu.
- Nie, nie. Ty nie zrobiłaś nic źle. – powtórzył to, o czym przed chwilą pomyślał. – To nie tak, że chciałbym wszystkich zostawić. – dodał, celowo nie mówiąc tylko o niej. Może to on nie chciał jej do siebie przywiązywać jeszcze bardziej. Przecież i tak byli już na tym etapie „przywiązania”, którego mało kto mógł doświadczyć. Tak mu się czasem zdawało. I pewnie chciał teraz wszystko naprawiać, może przygotowywać na ewentualny zawód, którego mógłby być potencjalną przyczyną. Wszystko to kotłowało mu się w głowie, powoli zmieniając w jedną wielką i pozbawioną sensu papkę.
- I nie chodzi o to, czego ja chcę. Czy ciebie zadowoliłoby, gdyby ktoś pstryknął palcami i dał ci… powiedzmy, że choćby tego smoka. Gdyby całą tę drogę ktoś za ciebie przeszedł? – przerwał. Zanim nie strzepnął resztek do szklanego naczynia na środku stołu, kawałek popiołu spadł na ziemię. Ciężko mu było patrzeć prosto w oczy Geraldine, wodził wzrokiem po obserwowanych jakiś czas temu kobietach. Zbierały się już do wyjścia lub zapłaty za swoje zamówienie.
- Nie miałem też na myśli, że byłbym niewdzięczny za taką pomoc. Byłbym po prostu... – Westchnął, zwiesił głowę, a potem podniósł na nią wzrok. Nie do końca wiedział jak to wszystko ująć. – Mam wrażenie, że wiesz o co mi chodzi. Sama jesteś uparta. I chcesz robić rzeczy po swojemu. – wytłumaczył jeszcze, nie chciał, żeby były między nimi jakieś nieporozumienia. – I samo to, że dałaś mi dzisiaj jakiś cel, podczas tej rozmowy… i cholera wiem, że to jest pieprzenie bzdur momentami to co mówię… nie wiem, może spróbujmy to z tymi zwierzętami. – machnął ręką w bliżej nieokreślonym geście. To była jakaś myśl, której mógł się uwiesić.