Walka rozpoczęła się zupełnie nagle – i tak samo nagle zakończyła. Tak po prostu. Przewaga liczebności i zaskoczenia szybko stopniała i oto byli – z groźbą zawalenia się sufitu nad pierwszym piętrem, albo chociaż jego częścią, ze schodami które już na to piętro nawet nie prowadziły, tylko… spoczęły sobie i kierowały prosto w ścianę. Kurz, wzbity w powietrze wraz z kolorym pyłem osiadał sobie teraz spokojnie na nowo na wszystkim – meblach, ludziach. Był na włosach Victorii, na ramionach Sauriela, przyklejony do jego twarzy na krwi, będącą teraz jego… ubarwieniem na bladej skórze. Lestrange rozejrzała się po pobojowisku. Najpierw wrzaski, teraz jęki mężczyzny, któremu buchnęła ogniem – żył, miał szansę, że ktoś go znajdzie i wyleczy. Tak jak tego pogryzionego przez Sauriela… Co z trzecim – nie była pewna. Ale jedno chodziło jej po głowie – musieli zrobić hałas. Okropny. Nawet nie ona czy Sauriel, ale ta trójka rzucała w nich takimi zaklęciami, ze obrywał przy tym budynek i była pewna, że hałas był słyszalny. A co za tym idzie… może kogoś zwabi. Kogoś nieproszonego. Nie była żadnym uzdrowicielem, nie miała w planach nikogo ratować. Zresztą gdyby byli na ich miejscu, to z pewnością by się nad nimi nie pochylali. Na domiar wszystkiego była tutaj pod przykrywką.
Ach, szlag by to.
Czy wszystko było okej? Tak, jak najbardziej. Włosy miała trochę zmierzwione, te przetykane siwizną. I jakoś… Nawet poruszać jej się było łatwiej. W ferworze walki nastąpiło to, czego obawiała się od początku – puściły jakieś szwy sukni pod jej pachami i na ramionach, na szyciach zrobiły się dziury. Dyszała też lekko bo ciasna sukienka nie była niczym wspaniałym do oddychania a jej kondycja nie była żadną miarą legendarna.
- Ta – mruknęła mu w odpowiedzi i gdy już rozeznała się w sytuacji, przemieliła bardzo szybko za i przeciw i po prowtu ruszyła do Sauriela, by złapać go za ramię i pociągnąć do wyjścia. - Spadamy stąd. Zaraz ktoś się zleci i będzie problem – dodała i jak najprędzej wydostała się z budynku, skąd chciała przycupnąć w jakimś zaułku.
Tam też skierowała na siebie różdżkę, by wyczyścić się z tego cholernego pyłu i brudu, a potem wskazała nią na Sauriela.
- Czekaj, wyczyszczę cię – wszystkie zaklęcia czyszczące miała opanowane w małym paluszku. Chłoszczyść, Tergeo, Skurge… Na teraz Tergeo było idealne, żeby wyczyścić krew z Sauriela. Krew, pył, proszek, kurz.
Czy inna twarz czy nie, Victoria nie umiała pokonać tego, że nie znosiła nieporządku. Że przechodziły ją dreszcze, kiedy coś ją oblepiało. Albo gdy w jej otoczeniu był bałagan, brud. Albo coś… nie leżało równo.
Dopiero teraz odetchnęła. Starała się nie myśleć o tym, czy ta trójka została przez nich zostawiona na śmierć. Trochę liczyła na to, że jeśli ludzka ciekawość wygra i ktoś się tam zleci, to może… Może im pomogą. Ale z drugiej strony to był Nokturn. A oni byli niebezpiecznym elementem. Czy więc świat nie będzie lepszym miejscem bez nich? Cholera, podeszli ich i zaatakowali z zaskoczenia – musieli się przecież bronić. Jeśli chodziło o Sauriela… Niezbyt zwróciła uwagę na to, w jaki sposób rozprawiał się z przeciwnikami. Nie to, że nie widziała jak wyglądał koniec, bo widziała, chodziło o moralne rozterki nad tym zagadnieniem. Z drugiej strony na Nokturnie nikogo nie obchodzi kim jesteś i jak jesteś. Kiedy zostaniesz zaatakowany, to możesz skończyć marnie. A tamta trójka właśnie tak skończyła – marnie.
- Zdecydowanie muszę poćwiczyć – powiedziała cicho, spod byka patrząc w kierunku budynku, który dopiero co opuścili.