Czy wyglądał żywo? Albo bardziej martwo niż zwykle? Tego by nie powiedziała. Wyglądał za to na cholernie uradowanego – a nie było się z czego cieszyć. No bo z czego, z tego, że stoczyli walkę? Że prawie połamali sobie nogi? Albo że sufit mało nie spadł im na głowy? Z tego, że zadawał innym ból? Że odpłacił się pięknym za nadobne? Że się… najadł? Czy że pierdolnął czyjąś głową o ścianę? Bo żadna z tych rzeczy nie sprawiała, by Victoria czuła jakąkolwiek ekscytację i satysfakcję, a na pewno nie było w tym żadnego pozytywnego uczucia. Było napięcie. Była myśl o tym, że są zagrożeni. Jakaś iskra instynktu przetrwania.
Musieli wyglądać teraz jak matka z synkiem, którego trzeba wyczyścić bo się w czymś utytłał i wysmarował twarz. Brakowało tylko poślinionej chusteczki wycierającej nos, ale Lestrange by się do tego nie zniżyła. Gdy byli już wyczyszczeni, po prostu pociągnęła go znowu za przedramię, by wyprowadzić ich z zaułka i po prostu oddalić się z miejsca, które było tak blisko tamtego budynku. Sauriel miał informację, której potrzebował, nie musieli tam tkwić i prosić się o to, by byli powiązani z całym zdarzeniem.
- Musiałam się teleportować z piętra na parter – prychnęła, niezadowolona. - Zamiast skoczyć czy coś. Oferma jestem. Na sabacie jakiegoś gówniarza nie umiałam tez dogonić – poskarżyła się dalej. No chujową miała kondycję. Przed błotoryjami też by nie uciekła, pozostawało stać i walczyć. - Na oślep to nietrudno się wywalić… - zresztą za pierwszym razem się nie wywalił. - Ale dzięki – aurorka z krwi i kości…? Z krwi na pewno nie, z kości… Nie wiem. Na pewno była aurorem z wyboru i polecenia. Przeszła też pełne, trzyletnie szkolenie – nic więc dziwnego, że potrafiła się pojedynkować. - Fajka – przytaknęła, pozwalając sobie wziąć od Sauriela kolejnego już dzisiaj papierosa. - Wyglądali jakby na nas tam czekali – może się przypałętali, ale nie wyglądali jak ktoś, kto był tam przypadkowo.