04.08.2023, 00:16 ✶
Chyba nie do końca powinna tu być, ale coś takiego, w teorii, miało niby kształtować charakter (mhm, młoda Malfoy już raczej była stracona dla świata, najprawdopodobniej, pod pewnymi względami), a z drugiej – stanowiło cenne doświadczenie.
W zasadzie zadziwiające, jak chłodno do tego wszystkiego podchodziła, umiejętnie to maskując. Nawet jeśli dziwiło, iż ten, którego poglądy popierała, ostatecznie utoczył (nawet jeśli nie osobiście, to wciąż wszystko stało się głównie za jego sprawą) czystej czarodziejskiej krwi, to jak na razie, nie myślała o o zweryfikowaniu swoich poglądów oraz zastanowieniu się, kogo tak naprawdę popiera.
Tak że… było w tym coś przewrotnego: z jednej strony (nieoficjalnie, rzecz jasna; obnoszenie się z tym to wręcz proszenie się o kłopoty) była za tym, co sobą reprezentował Czarny Pan, z drugiej… cóż. Łaziła jak durna po tym lesie, niepewna, na co się natknie, bo istniała jeszcze jakaś szansa, że może ostał się jakiś ocalały, któremu szło pomóc.
Ale nie, nie w tym przypadku, o czym się przekonali dość rychło i tak naprawdę nie trzeba było mieć ukończonych studiów uzdrowicielskich – ani żadnych innych, bo nawet ledwo odrosłe od ziemi dziecko to widziało – że temu smętnemu wisielcowi nie dało się już pomóc.
Chyba że w kwestii powrotu na łono rodziny, żeby mogli się z nim pożegnać i pochować.
Tyle dało się dla niego zrobić, o ile miał przy sobie cokolwiek, co wskazywałoby na tożsamość; stan ciała nieszczególnie rokował rozpoznanie go na podstawie rysów twarzy, niestety, a to ułatwiłoby sprawę. Chociaż… mundur dość jasno określał przynależność; prędzej czy później w końcu ustalą, kim może być ów człowiek, bowiem najzwyczajniej w świecie jego nazwisko pozostanie na liście tych, którzy poszli i nie wrócili. A z niej wystarczyło już skreślać zidentyfikowanych, aż w końcu pozostanie to jedno, jedyne.
Dość szybko jednak się przekonali, że Ministertwo nie będzie musiało sobie zawracać głowy taką analizą. Dokument, jaki udało się delikatnie wydobyć z kieszeni, okazał się określać tożsamość pechowca.
- Hm, wygląda na to, że to Longbottom – mruknęła po tym, jak odsunęła się trochę i zapoznała z zawartością „zdobyczy”. Longbottom, członek rodziny, która nadal nie przyłączyła się do sprawy i w zasadzie Malfoy nieszczególnie się spodziewała, że kiedyś usłyszy o Długozadku jako o popleczniku Czarnego Pana. Podniosła wzrok na Laurenta, wahając się.
- W zasadzie możemy – stwierdziła po krótkiej chwili namysłu – Po prostu wrócimy i poinfo… uważaj! – niemalże załamała ręce widząc poczynania Prewetta. Mimo wszystko, wolałaby uniknąć ewentualnych oskarżeń o to, że doszczętnie popsuli ciało, które i tak wyglądało, jakby miało się rozsypać pod wpływem dotyku. Najdelikatniejszego nawet – … w razie czego to ty będziesz się tłumaczył – uprzedziła, choć trudno ocenić, czy mówiła śmiertelnie poważnie i faktycznie zostawi go samemu sobie czy po prostu wybrała taką formę uczulenia mężczyzny na to, iż naprawdę należało z prawdopoobnie-Longbottomem obchodzić się jak z jajkiem.
Wstrzymała na chwilę oddech, obserwując, jak Laurent przenosi zwłoki na nosze zaklęciem, po czym zdecydowała się również machnąć różdżką i stworzyć wokół ciała osłonę – zapewne już trochę sobie wisiał, ale naprawdę nie chciała, żeby zwiał go wiatr bądź drzewo zrzuciło gałąź, która spadłaby idealnie na zwłoki. Czy też cokolwiek innego.
- Cóż… to chyba wracamy? – mruknęła, rozglądając się jeszcze wokół. Niby mogliby jeszcze przejść parę kroków, ale… wtedy musieliby zostawić aurora, a Laurent chyba się do tego nie kwapił.
W zasadzie zadziwiające, jak chłodno do tego wszystkiego podchodziła, umiejętnie to maskując. Nawet jeśli dziwiło, iż ten, którego poglądy popierała, ostatecznie utoczył (nawet jeśli nie osobiście, to wciąż wszystko stało się głównie za jego sprawą) czystej czarodziejskiej krwi, to jak na razie, nie myślała o o zweryfikowaniu swoich poglądów oraz zastanowieniu się, kogo tak naprawdę popiera.
Tak że… było w tym coś przewrotnego: z jednej strony (nieoficjalnie, rzecz jasna; obnoszenie się z tym to wręcz proszenie się o kłopoty) była za tym, co sobą reprezentował Czarny Pan, z drugiej… cóż. Łaziła jak durna po tym lesie, niepewna, na co się natknie, bo istniała jeszcze jakaś szansa, że może ostał się jakiś ocalały, któremu szło pomóc.
Ale nie, nie w tym przypadku, o czym się przekonali dość rychło i tak naprawdę nie trzeba było mieć ukończonych studiów uzdrowicielskich – ani żadnych innych, bo nawet ledwo odrosłe od ziemi dziecko to widziało – że temu smętnemu wisielcowi nie dało się już pomóc.
Chyba że w kwestii powrotu na łono rodziny, żeby mogli się z nim pożegnać i pochować.
Tyle dało się dla niego zrobić, o ile miał przy sobie cokolwiek, co wskazywałoby na tożsamość; stan ciała nieszczególnie rokował rozpoznanie go na podstawie rysów twarzy, niestety, a to ułatwiłoby sprawę. Chociaż… mundur dość jasno określał przynależność; prędzej czy później w końcu ustalą, kim może być ów człowiek, bowiem najzwyczajniej w świecie jego nazwisko pozostanie na liście tych, którzy poszli i nie wrócili. A z niej wystarczyło już skreślać zidentyfikowanych, aż w końcu pozostanie to jedno, jedyne.
Dość szybko jednak się przekonali, że Ministertwo nie będzie musiało sobie zawracać głowy taką analizą. Dokument, jaki udało się delikatnie wydobyć z kieszeni, okazał się określać tożsamość pechowca.
- Hm, wygląda na to, że to Longbottom – mruknęła po tym, jak odsunęła się trochę i zapoznała z zawartością „zdobyczy”. Longbottom, członek rodziny, która nadal nie przyłączyła się do sprawy i w zasadzie Malfoy nieszczególnie się spodziewała, że kiedyś usłyszy o Długozadku jako o popleczniku Czarnego Pana. Podniosła wzrok na Laurenta, wahając się.
- W zasadzie możemy – stwierdziła po krótkiej chwili namysłu – Po prostu wrócimy i poinfo… uważaj! – niemalże załamała ręce widząc poczynania Prewetta. Mimo wszystko, wolałaby uniknąć ewentualnych oskarżeń o to, że doszczętnie popsuli ciało, które i tak wyglądało, jakby miało się rozsypać pod wpływem dotyku. Najdelikatniejszego nawet – … w razie czego to ty będziesz się tłumaczył – uprzedziła, choć trudno ocenić, czy mówiła śmiertelnie poważnie i faktycznie zostawi go samemu sobie czy po prostu wybrała taką formę uczulenia mężczyzny na to, iż naprawdę należało z prawdopoobnie-Longbottomem obchodzić się jak z jajkiem.
Wstrzymała na chwilę oddech, obserwując, jak Laurent przenosi zwłoki na nosze zaklęciem, po czym zdecydowała się również machnąć różdżką i stworzyć wokół ciała osłonę – zapewne już trochę sobie wisiał, ale naprawdę nie chciała, żeby zwiał go wiatr bądź drzewo zrzuciło gałąź, która spadłaby idealnie na zwłoki. Czy też cokolwiek innego.
- Cóż… to chyba wracamy? – mruknęła, rozglądając się jeszcze wokół. Niby mogliby jeszcze przejść parę kroków, ale… wtedy musieliby zostawić aurora, a Laurent chyba się do tego nie kwapił.