07.08.2023, 10:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2023, 10:44 przez Peregrinus Trelawney.)
Rzadko kiedy Peregrinus umawiał do Praw Czasu spotkania z klientami w dni, które przeznaczali z Dolohovem na prowadzenie badań i prace wewnętrzne. Erik Longbottom nie był jednak do końca klientem, choć wróżenie miało być częścią tej wizyty. Chodziło jednak przede wszystkim o wymianę potencjalnie pożytecznych informacji. Trelawney — w przeciwieństwie do Vakela — nie kłopotał się w związku z tym wyglądaniem tak reprezentacyjnie i profesjonalnie jak w dni, kiedy przychodziło mu spotykać się z licznymi petentami. Oczy miał podkrążone od braku snu, twarz bladą. Zwyczajowa schludna koszula i marynarka zostały w domu; zastąpił je byle jaki cienki czarny sweter. Wokół czarodzieja unosił się gryzący zapach papierosów, a zawartość popielniczki świadczyła o tym, że wypalił już od rana sporą część paczki.
Gdy w Prawach Czasu zjawił się oczekiwany gość, Trelawney notował przy biurku: jedynie przelotem zatem rzucił krótkie „witamy” i wskazał mu ruchem głowy wejście do pokoju Dolohova. Nie lubił odrywać się od rozpoczętych zadań, szczególnie gdy do końca pracy nie pozostawało już wiele.
Rzeczywiście zresztą ukończenie notatki zajęło mu zaledwie kilka minut. Usatysfakcjonowany czarodziej zebrał zapisne zamaszystymi pociągnięciami pióra stronice do skórzanego folderu, wcisnął zakładki między karty księgi, które zamierzał pokazać później Vakelowi, po czym zamknął wszystko w szczelnie zabezpieczonej zaklęciami szufladzie. Drzwi gabinetu przełożonego otworzył akurat w czas, by zobaczyć niknącą w zegarze kukułkę.
Odwzajemnił skinienie głowy Erika — tym razem z większym rozmysłem i ogładą. Nie odezwawszy się słowem, stanął u boku Dolohova. Korzystając z okazji, zerknął przelotnie do filiżanki, którą podał wróżbicie Longbottom. Nie wygłosił jednak żadnego komentarza ani nie poświęcał jej wiele uwagi — ot, jedynie tyle, ile potrzebował, aby zapamiętać układ fusów.
— Być może obiło się panu o uszy, panie Longbottom — zwrócił się do gościa uprzejmie — że w rodzinie Trelawney przekazywany jest między pokoleniami specjalny… dar powiązany z Limbem.
Zdecydował się wyjaśnić motywy swojego udziału w spotkaniu bez owijania w bawełnę. Nie było powodu, aby to ukrywać. Wręcz przeciwnie: istniała szansa, że taka bezpośredniość pomoże zyskać zaufanie Longbottoma. Peregrinus Trelawney nie był w tej sytuacji wyłącznie ciekawskim badaczem — choć to również zaliczało się do jego pobudek. Kluczowe było to, że on również widział Limbo. Nie miał nad tym żadnej kontroli. Niekiedy dochodziło do kilkusekundowych przebłysków, kiedy indziej dłuższych niezrozumiałych wizji — nie zmieniało się jedynie to, że pozostawał wobec tych zdarzeń bezsilny. Nie potrafił w żaden sposób tego wywołać, kontrolować czy użyć świadomie dla swoich celów.
Jakże kusząca była wijza opanowania tego daru, ile dróg mogłoby się przed nim otworzyć. Potencjalne konsekwencje i ryzyka schodziły na dalszy plan w obliczu tej palącej ciekawości.
— Widział pan zaświaty, ja również je widziałem. Chciałbym usłyszeć o pańskich doświadczeniach.
Był przygotowany na potencjalną odmowę. Nie zaliczał się pod żadnym względem do charyzmatycznych mówców, rozwiązujących języki przy pomocy pięknych słówek; musiały mu wystarczyć szczerość i bezpośredniość.
Gdy w Prawach Czasu zjawił się oczekiwany gość, Trelawney notował przy biurku: jedynie przelotem zatem rzucił krótkie „witamy” i wskazał mu ruchem głowy wejście do pokoju Dolohova. Nie lubił odrywać się od rozpoczętych zadań, szczególnie gdy do końca pracy nie pozostawało już wiele.
Rzeczywiście zresztą ukończenie notatki zajęło mu zaledwie kilka minut. Usatysfakcjonowany czarodziej zebrał zapisne zamaszystymi pociągnięciami pióra stronice do skórzanego folderu, wcisnął zakładki między karty księgi, które zamierzał pokazać później Vakelowi, po czym zamknął wszystko w szczelnie zabezpieczonej zaklęciami szufladzie. Drzwi gabinetu przełożonego otworzył akurat w czas, by zobaczyć niknącą w zegarze kukułkę.
Odwzajemnił skinienie głowy Erika — tym razem z większym rozmysłem i ogładą. Nie odezwawszy się słowem, stanął u boku Dolohova. Korzystając z okazji, zerknął przelotnie do filiżanki, którą podał wróżbicie Longbottom. Nie wygłosił jednak żadnego komentarza ani nie poświęcał jej wiele uwagi — ot, jedynie tyle, ile potrzebował, aby zapamiętać układ fusów.
— Być może obiło się panu o uszy, panie Longbottom — zwrócił się do gościa uprzejmie — że w rodzinie Trelawney przekazywany jest między pokoleniami specjalny… dar powiązany z Limbem.
Zdecydował się wyjaśnić motywy swojego udziału w spotkaniu bez owijania w bawełnę. Nie było powodu, aby to ukrywać. Wręcz przeciwnie: istniała szansa, że taka bezpośredniość pomoże zyskać zaufanie Longbottoma. Peregrinus Trelawney nie był w tej sytuacji wyłącznie ciekawskim badaczem — choć to również zaliczało się do jego pobudek. Kluczowe było to, że on również widział Limbo. Nie miał nad tym żadnej kontroli. Niekiedy dochodziło do kilkusekundowych przebłysków, kiedy indziej dłuższych niezrozumiałych wizji — nie zmieniało się jedynie to, że pozostawał wobec tych zdarzeń bezsilny. Nie potrafił w żaden sposób tego wywołać, kontrolować czy użyć świadomie dla swoich celów.
Jakże kusząca była wijza opanowania tego daru, ile dróg mogłoby się przed nim otworzyć. Potencjalne konsekwencje i ryzyka schodziły na dalszy plan w obliczu tej palącej ciekawości.
— Widział pan zaświaty, ja również je widziałem. Chciałbym usłyszeć o pańskich doświadczeniach.
Był przygotowany na potencjalną odmowę. Nie zaliczał się pod żadnym względem do charyzmatycznych mówców, rozwiązujących języki przy pomocy pięknych słówek; musiały mu wystarczyć szczerość i bezpośredniość.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie