07.08.2023, 22:08 ✶
Cynthia nigdy nie była w normalnym związku, a jej martwy już ex narzeczony byłby największą karą od niebios, losu, Merlina czy cholera wie czego jeszcze, gdyby zrobił tego psikusa i żył. Nie mogła więc w pełni rozumieć, nie miała prawa oceniać tego, co tworzyło się pomiędzy dwójką czarodziejów. Właściwie nawet nie chciała, bo przecież gdyby Tori potrzebowała się wygadać lub działoby się coś złego, to by jej powiedziała. I też nie życzyłaby sobie jasnowłosej wchodzącej z buciorami do ich życia. Sauriel w całym swoim byciu księciem mroku i ulubieńcem kobiet, flirciarzem i typem owianym tajemnicami bardziej, niż nie jedna panna, umiał zadbać o drugiego człowieka, jeśli chciał. Miała na to żywy dowód w postaci Fergusa — miejmy nadzieję, że żywy. Więc jej ukochana siostra była w dobrych rękach, ochroniłby ją. Musiał, bo potem Cynthia przerobiłaby go na infernusa, ale to już zupełnie inna sprawa. Przyjemnie było na nich patrzeć.
Świat kolejny raz zataczał koło znów był czarnoksiężnik budzący grozę i jednocześnie dzielący, jak i jednoczący ludzi. Od masakry wśród drzew podejrzewano każdego, Ministerstwo uważniej spoglądało na ręce, nawet ona w swoich badaniach musiała zachowywać szczególną ostrożność i lepiej dostosować noszone maski do okoliczności. Tak naprawdę jednak to niebieskookiej było absolutnie wszystko jedno, dopóki ludzie mający dla niej znaczenie byli bezpieczni. Przecież codziennie ktoś umierał, nawet w świecie mugoli zdarzały się masowe tragedie, a przynajmniej tak mówiła Jenny, recepcjonistka i jeden z największych plotkarzy w ich magicznym świecie. Pewnie przyznałaby Saurielowi, że jego kontemplację o miodzie, czy ogórkach działkowych był ciekawsze, niż kolejny, identyczny trup. Trudno było, aby śmierć robiła wrażenie na koronerze, gdy od tylu lat tkwiła wśród jej oddechu. Wiedziała jednak, że Victoria odczuwała to mocniej. Przeżywała, biorąc czynny udział w wydarzeniach, zadając sobie z pewnością setki pytań. Dla niej nie było skomplikowanym zrozumieć, dlaczego samozwańczy Lord zdecydował się na atak w takie święto — hucznie obchodzone, gromadzone czarodziejów. Byli tam zdrajcy krwi, którymi gardził — wedle swoich słów i cytatów z proroka codziennego, na równi z mugolami. Żadnym wyzwaniem nie był atak na istoty pozbawione magii, to raczej rzeź. Tu chodziło o demonstracje siły, a także skorzystanie z pradawnych źródeł mocy, a przynajmniej tak wywnioskowała na podstawie spotkania z czarnowłosym poplecznikiem Voldemorta oraz sekcjami zwłok, z którymi miała do czynienia. To wszystko było skomplikowaną układanką, która miała potencjał, aby nawet przerosnąć swojego twórcę. Igrał przecież z czymś, czego żaden człowiek — magiczny lub nie, nie okiełznał. Nie znała się może na pojedynkach, ale umiała wyciągać wnioski. Nawet zachowanie jej ojca było dziwne, zwłaszcza po Beltane, z którego zabrał ją w takim popłochu. Jakby wiedział.
Widząc jego podekscytowanie na twarzy, pokręciła delikatnie głową, bo znów przywiódł jej na myśl chłopca, który dostał nową zabawkę i nie mógł doczekać się, aby odkryć sposób jej działania. Pozwoliła sobie nawet unieść kącik ust ku górze w rozbawionym uśmiechem. - Jak tak bardzo interesują Cię zwłoki, wpadnij do mnie do prosektorium po godzinach. Pokażę Ci sekcję, może nawet potrzymasz serce? - wzruszyła ramionami, rzucając luźną propozycję. Teoretycznie nie powinna tego robić, praktycznie, to po prostu mogła. Miała wypracowaną, wysoką pozycję i była ulubienicą przełożonej, a ponadto, nocą przesiadywała tam sama. Nikt nie zapuszczał się w okolice chłodni, gdzie Ministerstwo trzymało ciała. Nie mogła zagłębić go w temat swoich badań nad nekromancją, przekazywaniem sił życiowych czy tworzeniem infernusów, a także próbie wzmocnienia lub nadania ich nowych umiejętności magicznych poprzez zastosowanie odpowiednich mieszanek ziół, czy nawet z wykorzystaniem ich rodzinnego sekretu na smoczą oliwę. Zerknęła na Tori łagodnie, która zawsze odwracała głowę od jej małych łamań zasad. Wszak czy one nie były głupie? Zupełnie się z nią zgadzała! Jak mieli bronić się młodzi adepci przed czarną magią, gdy zupełnie nie przerabiali zasad jej działania oraz efektów zaklęć w szkole, skupiając się na suche obronie? Ciężko pokonać siłę, której się nie rozumie. Przecież poza niewybaczalną trójką istniała setka czarów o działaniu równie paskudnym.
Faktycznie, los ciągle sprawiał, że wpadali z Rookwoodem na siebie, wybierając sobie tych samych ludzi. Aluzja, że i sobie powinni byli zaufać? Z początku byli niczym pies z kotem, ale po tylu latach, ich relacja nieco dojrzała, zmieniła się — nawet jeśli wciąż pojawiała się ta iskierka, która kopała prądem.
- Taki jesteś groźny. - uniosła brwi na jego słowa, udając przez chwilę przestrach i zdziwienie, jakby rozmawiała co najmniej z seryjnym mordercą. Jego ciemne oczy kryły w sobie mrok podobny do tego, który miewał Louvain, ale to nie była jej sprawa, co mężczyzna robił ze swoim życiem. Nie zastanawiała się nad tym, nie gdybała. Prawda była taka, że im mniej się wiedziało w obecnych czasach, tym było lepiej. Nawet nie ze względu na samą Tori, ale nie chciałaby mu sprawić żadnych problemów lub wywołać w jego kierunku podejrzeń. Kilka sekretów innych ludzi już nosiła na barkach jak chociażby Lestrange'a, czy Stanleya i jego zamiłowań do grzybów. Zabawne, los jej zawsze podsyłał ludzi spod ciemnej gwiazdy. A potem pojawiała się czarnowłosa czarownica, odziana cała na biało, niczym słońce na ciemnym niebie — akurat popijająca herbatę. Była też Brenna.
- Mocno oberwał? Prześlij mu pozdrowienia ode mnie.- rzuciła nieco zaskoczona tym, że Atreus dał się obić. On, wyrywający się do przodu i kochający akcje, usypiający za biurkiem? Cóż, przynajmniej żył. Z Orionem Cynthia nie miała styczności. Słuchała jej, gdy ta mówiła o wiankach i uśmiechnęła się pod nosem zaczepnie w stronę Sauriela, gdy wyobraziła sobie, jak ten wchodził na ten słup z wianuszkiem Victorii. - Hmm? - wydała z siebie nieco zaskoczona, a Loretta przemknęła jej przed oczami. No tak, ich krótka pogawędka przy kwiatach i to niezadowolenie, gdy jakoś tak wyszło, że jej wianek dostał Louvain. Ten sam, który teraz ciągle siedział jej w głowie i przez którego o mało nie dostała ataku serca w noc ataku, zupełnie jakby wiedziała, że był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. - Byłam się przejść tam z Borginem, a potem wpadliśmy na tego gościa od Quidditcha, Notta oraz na Lorrette i Louvaina. - wyjaśniła, przypominając sobie, że wciąż miała zdjęcie zrobione dwóm mężczyznom, gdy brat próbował bronić honoru siostry przez Philippem. - Twój kuzyn dostał mój wianek, jakoś tak wyszło. Loretta nie wyglądała, na zachwyconą, a przecież jesteśmy przyjaciółmi.
Dodała z delikatnym wzruszeniem ramion, zachowując rozmowę na temat poziomu skomplikowania jej relacji z kuzynem przyjaciółki raz jeszcze. No i Cathal. On w ogóle był na tym głupim święcie? Wiedziała tylko, że nic mu nie było, wszak byli za kilka dni umówieni.
Musieli przejść do rzeczy, czy tego chciała, czy też nie. Wtajemniczenie Sauriela być może było nieroztropne, ale Tori mu ufała. Nie potrzebowała niczego więcej. Nawet jeśli zamierzała sprawdzić jej organizm technikami zakazanymi, wiedziała, czuła — chociaż zapytała werbalnie chyba dla zasady i pokazania jej powagi sytuacji — że nigdy by nikomu nie powiedziała. Srebrna różdżka zakołysała się w dłoniach. Dostrzegła ruchy Rookwooda, umieszczenie różdżki na widoku. Niema groźba? Nie. Wiedział przecież, że za jego narzeczoną Cynthia oddałaby życie. Uległość? Też nie. Pomimo lat wprawy, jego akurat trudno było odczytywać. Czarownica westchnęła, srebrne pasmo zalśniło w blasku ognia trzaskającego wesoło w kominku, a chłodne tęczówki skupiły się na przyjaciółce. Było z nią to samo, co z Lou? Czy jej organizm zareagował inaczej na to, czego doświadczyli w limbie?
- Wiem. - przyznała miękko, a potem, siedząc już naprzeciw, złapała ją za rękę. W drugiej wciąż trzymała ręce. - Nic. Po prostu, żeby przekonać się, jak zachowuje się Twój organizm po kontakcie z miejscem, w którym byłaś, muszę sięgnąć po metody bezpośrednio z nim powiązane. - wyjaśniła, zaciskając delikatnie jej palce. Spojrzała jej głęboko w oczy, tak, żeby wiedziała, że nic jej nie grozi. Chwilę później jednak zerknęła na Sauriela. - Gdyby zaczęła mi lecieć krew z nosa lub zaczęłabym się chwiać, zabierz mi różdżkę z rąk. - poleciła mu jedynie tonem, który słabo zniósłby sprzeciw. Wzięła głębszy oddech, przymykając powieki. Nekromancja nie była skomplikowana, jeśli miało się wiedzę, którą dysponowała Flintówna. Doskonalona od lat, dopracowywana na zwłokach. Znała już ryzyko, gdy chodziło o chłód — z Louvainem trudno było wyrwać się z przesyłania sił witalnych i sprawdzania działania każdej komórki w organizmie. To było uzależniające, fascynujące. - Poczujesz przyjemne ciepło. Przekażę Ci moje siły witalne, wezmę trochę Twoich. To pozwoli mi sprawdzić kilka drobiazgów. To bezbolesne, poczujesz się dobrze.
Wyjaśniła jej jeszcze, nie unosząc powiek, a potem zaczęła pod nosem, bezgłośnie coś inkantować. I znów znajoma fala przebiegła jej po ciele, chłód Victorii mieszał się z ciepłem — jak na standardy ciała pacjentki — Cyny. Mogła poczuć przyjemne mrowienie, które rozchodziło się po ciele, zupełnie jakby brała gorącą kąpiel. Blondynka brała od niej maleńkie cząstki energii, starając się, by w ogóle tego nie zauważyła, przykrywając je własnymi. Mogła czuć przypływ sił, zrobiło się jej cieplej — przynajmniej dopóki korzystała z sił witalnych Cynthii, jej temperatura ciała rosła. Miała silne, rytmiczne bicie serca, które sprawiło, że nekromanta uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, kciukiem przesuwając po jej dłoni.
Świat kolejny raz zataczał koło znów był czarnoksiężnik budzący grozę i jednocześnie dzielący, jak i jednoczący ludzi. Od masakry wśród drzew podejrzewano każdego, Ministerstwo uważniej spoglądało na ręce, nawet ona w swoich badaniach musiała zachowywać szczególną ostrożność i lepiej dostosować noszone maski do okoliczności. Tak naprawdę jednak to niebieskookiej było absolutnie wszystko jedno, dopóki ludzie mający dla niej znaczenie byli bezpieczni. Przecież codziennie ktoś umierał, nawet w świecie mugoli zdarzały się masowe tragedie, a przynajmniej tak mówiła Jenny, recepcjonistka i jeden z największych plotkarzy w ich magicznym świecie. Pewnie przyznałaby Saurielowi, że jego kontemplację o miodzie, czy ogórkach działkowych był ciekawsze, niż kolejny, identyczny trup. Trudno było, aby śmierć robiła wrażenie na koronerze, gdy od tylu lat tkwiła wśród jej oddechu. Wiedziała jednak, że Victoria odczuwała to mocniej. Przeżywała, biorąc czynny udział w wydarzeniach, zadając sobie z pewnością setki pytań. Dla niej nie było skomplikowanym zrozumieć, dlaczego samozwańczy Lord zdecydował się na atak w takie święto — hucznie obchodzone, gromadzone czarodziejów. Byli tam zdrajcy krwi, którymi gardził — wedle swoich słów i cytatów z proroka codziennego, na równi z mugolami. Żadnym wyzwaniem nie był atak na istoty pozbawione magii, to raczej rzeź. Tu chodziło o demonstracje siły, a także skorzystanie z pradawnych źródeł mocy, a przynajmniej tak wywnioskowała na podstawie spotkania z czarnowłosym poplecznikiem Voldemorta oraz sekcjami zwłok, z którymi miała do czynienia. To wszystko było skomplikowaną układanką, która miała potencjał, aby nawet przerosnąć swojego twórcę. Igrał przecież z czymś, czego żaden człowiek — magiczny lub nie, nie okiełznał. Nie znała się może na pojedynkach, ale umiała wyciągać wnioski. Nawet zachowanie jej ojca było dziwne, zwłaszcza po Beltane, z którego zabrał ją w takim popłochu. Jakby wiedział.
Widząc jego podekscytowanie na twarzy, pokręciła delikatnie głową, bo znów przywiódł jej na myśl chłopca, który dostał nową zabawkę i nie mógł doczekać się, aby odkryć sposób jej działania. Pozwoliła sobie nawet unieść kącik ust ku górze w rozbawionym uśmiechem. - Jak tak bardzo interesują Cię zwłoki, wpadnij do mnie do prosektorium po godzinach. Pokażę Ci sekcję, może nawet potrzymasz serce? - wzruszyła ramionami, rzucając luźną propozycję. Teoretycznie nie powinna tego robić, praktycznie, to po prostu mogła. Miała wypracowaną, wysoką pozycję i była ulubienicą przełożonej, a ponadto, nocą przesiadywała tam sama. Nikt nie zapuszczał się w okolice chłodni, gdzie Ministerstwo trzymało ciała. Nie mogła zagłębić go w temat swoich badań nad nekromancją, przekazywaniem sił życiowych czy tworzeniem infernusów, a także próbie wzmocnienia lub nadania ich nowych umiejętności magicznych poprzez zastosowanie odpowiednich mieszanek ziół, czy nawet z wykorzystaniem ich rodzinnego sekretu na smoczą oliwę. Zerknęła na Tori łagodnie, która zawsze odwracała głowę od jej małych łamań zasad. Wszak czy one nie były głupie? Zupełnie się z nią zgadzała! Jak mieli bronić się młodzi adepci przed czarną magią, gdy zupełnie nie przerabiali zasad jej działania oraz efektów zaklęć w szkole, skupiając się na suche obronie? Ciężko pokonać siłę, której się nie rozumie. Przecież poza niewybaczalną trójką istniała setka czarów o działaniu równie paskudnym.
Faktycznie, los ciągle sprawiał, że wpadali z Rookwoodem na siebie, wybierając sobie tych samych ludzi. Aluzja, że i sobie powinni byli zaufać? Z początku byli niczym pies z kotem, ale po tylu latach, ich relacja nieco dojrzała, zmieniła się — nawet jeśli wciąż pojawiała się ta iskierka, która kopała prądem.
- Taki jesteś groźny. - uniosła brwi na jego słowa, udając przez chwilę przestrach i zdziwienie, jakby rozmawiała co najmniej z seryjnym mordercą. Jego ciemne oczy kryły w sobie mrok podobny do tego, który miewał Louvain, ale to nie była jej sprawa, co mężczyzna robił ze swoim życiem. Nie zastanawiała się nad tym, nie gdybała. Prawda była taka, że im mniej się wiedziało w obecnych czasach, tym było lepiej. Nawet nie ze względu na samą Tori, ale nie chciałaby mu sprawić żadnych problemów lub wywołać w jego kierunku podejrzeń. Kilka sekretów innych ludzi już nosiła na barkach jak chociażby Lestrange'a, czy Stanleya i jego zamiłowań do grzybów. Zabawne, los jej zawsze podsyłał ludzi spod ciemnej gwiazdy. A potem pojawiała się czarnowłosa czarownica, odziana cała na biało, niczym słońce na ciemnym niebie — akurat popijająca herbatę. Była też Brenna.
- Mocno oberwał? Prześlij mu pozdrowienia ode mnie.- rzuciła nieco zaskoczona tym, że Atreus dał się obić. On, wyrywający się do przodu i kochający akcje, usypiający za biurkiem? Cóż, przynajmniej żył. Z Orionem Cynthia nie miała styczności. Słuchała jej, gdy ta mówiła o wiankach i uśmiechnęła się pod nosem zaczepnie w stronę Sauriela, gdy wyobraziła sobie, jak ten wchodził na ten słup z wianuszkiem Victorii. - Hmm? - wydała z siebie nieco zaskoczona, a Loretta przemknęła jej przed oczami. No tak, ich krótka pogawędka przy kwiatach i to niezadowolenie, gdy jakoś tak wyszło, że jej wianek dostał Louvain. Ten sam, który teraz ciągle siedział jej w głowie i przez którego o mało nie dostała ataku serca w noc ataku, zupełnie jakby wiedziała, że był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. - Byłam się przejść tam z Borginem, a potem wpadliśmy na tego gościa od Quidditcha, Notta oraz na Lorrette i Louvaina. - wyjaśniła, przypominając sobie, że wciąż miała zdjęcie zrobione dwóm mężczyznom, gdy brat próbował bronić honoru siostry przez Philippem. - Twój kuzyn dostał mój wianek, jakoś tak wyszło. Loretta nie wyglądała, na zachwyconą, a przecież jesteśmy przyjaciółmi.
Dodała z delikatnym wzruszeniem ramion, zachowując rozmowę na temat poziomu skomplikowania jej relacji z kuzynem przyjaciółki raz jeszcze. No i Cathal. On w ogóle był na tym głupim święcie? Wiedziała tylko, że nic mu nie było, wszak byli za kilka dni umówieni.
Musieli przejść do rzeczy, czy tego chciała, czy też nie. Wtajemniczenie Sauriela być może było nieroztropne, ale Tori mu ufała. Nie potrzebowała niczego więcej. Nawet jeśli zamierzała sprawdzić jej organizm technikami zakazanymi, wiedziała, czuła — chociaż zapytała werbalnie chyba dla zasady i pokazania jej powagi sytuacji — że nigdy by nikomu nie powiedziała. Srebrna różdżka zakołysała się w dłoniach. Dostrzegła ruchy Rookwooda, umieszczenie różdżki na widoku. Niema groźba? Nie. Wiedział przecież, że za jego narzeczoną Cynthia oddałaby życie. Uległość? Też nie. Pomimo lat wprawy, jego akurat trudno było odczytywać. Czarownica westchnęła, srebrne pasmo zalśniło w blasku ognia trzaskającego wesoło w kominku, a chłodne tęczówki skupiły się na przyjaciółce. Było z nią to samo, co z Lou? Czy jej organizm zareagował inaczej na to, czego doświadczyli w limbie?
- Wiem. - przyznała miękko, a potem, siedząc już naprzeciw, złapała ją za rękę. W drugiej wciąż trzymała ręce. - Nic. Po prostu, żeby przekonać się, jak zachowuje się Twój organizm po kontakcie z miejscem, w którym byłaś, muszę sięgnąć po metody bezpośrednio z nim powiązane. - wyjaśniła, zaciskając delikatnie jej palce. Spojrzała jej głęboko w oczy, tak, żeby wiedziała, że nic jej nie grozi. Chwilę później jednak zerknęła na Sauriela. - Gdyby zaczęła mi lecieć krew z nosa lub zaczęłabym się chwiać, zabierz mi różdżkę z rąk. - poleciła mu jedynie tonem, który słabo zniósłby sprzeciw. Wzięła głębszy oddech, przymykając powieki. Nekromancja nie była skomplikowana, jeśli miało się wiedzę, którą dysponowała Flintówna. Doskonalona od lat, dopracowywana na zwłokach. Znała już ryzyko, gdy chodziło o chłód — z Louvainem trudno było wyrwać się z przesyłania sił witalnych i sprawdzania działania każdej komórki w organizmie. To było uzależniające, fascynujące. - Poczujesz przyjemne ciepło. Przekażę Ci moje siły witalne, wezmę trochę Twoich. To pozwoli mi sprawdzić kilka drobiazgów. To bezbolesne, poczujesz się dobrze.
Wyjaśniła jej jeszcze, nie unosząc powiek, a potem zaczęła pod nosem, bezgłośnie coś inkantować. I znów znajoma fala przebiegła jej po ciele, chłód Victorii mieszał się z ciepłem — jak na standardy ciała pacjentki — Cyny. Mogła poczuć przyjemne mrowienie, które rozchodziło się po ciele, zupełnie jakby brała gorącą kąpiel. Blondynka brała od niej maleńkie cząstki energii, starając się, by w ogóle tego nie zauważyła, przykrywając je własnymi. Mogła czuć przypływ sił, zrobiło się jej cieplej — przynajmniej dopóki korzystała z sił witalnych Cynthii, jej temperatura ciała rosła. Miała silne, rytmiczne bicie serca, które sprawiło, że nekromanta uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, kciukiem przesuwając po jej dłoni.