Rzecz w tym, że do obcych domów wchodziło się zazwyczaj z zachowaniem pewnej kultury osobistej. Chociaż minimalnej. Kiedy jej nie przestrzegasz i nie do końca się do niej stosujesz to możesz liczyć na wypadku. W Ameryce, szczególnie Teksasie, wypadek nazywał się zazwyczaj "dubeltówka". W tym domu miał się nazywać "Drętwota". Z dwojga złego Sauriel nadal wybrałby Drętwotę. Przynajmniej nie tworzyła dziury w brzuchu.
Zanim Skrzat w ogóle się pojawił, zanim Brenna dobrze wylazła z kominka Sauriel już w zasadzie był w drzwiach. Była tu. Victoria tutaj była i chociaż widział tylko zarys jej sylwetki przez mętne światło nocy to miał potwierdzenie, że tu była i... nikogo innego tutaj nie było? Tak chciał powiedzieć. Czy ta moc miała być jakimś szóstym zmysłem? Śpisz sobie bezpiecznie we własnym łóżku, ale pojawia się jakieś niebezpieczeństwo więc co? Wyczuwasz swoim pajęczym zmysłem, że czai się jakieś sekretne zagrożenie, że super groźny skrytobójca zaczaił się za drzwiami, że potwór spod łóżka właśnie zaczął żyć albo boogymen właśnie postanowił zamieszkać w szafie? Zastanawianie się nad tym może i miało i mogło nadejść, ale wszystko toczyło się zdecydowanie za szybko. Na tyle szybko, że nawet nie zdążyła nadejść ulga, że w ogóle ktoś podnosi się z tego łóżka i że ta sylwetka naprawdę wygląda jak sylwetka Victorii.
Sauriel odwrócił się i odsunął z wejścia nieco na bok, kiedy usłyszał czyjeś kroki, dziki bieg po schodach, prawie taki sam, który jeszcze przed momentem on sam wykonał. Z tym, że to odsunięcie się kompletnie niczego nie zmieniło. Bo bardziej napiąć się już nie mógł i chyba wkurwić się już bardziej nie mógł również...
Bo nie mógł, prawda..?
Te więzy i ich sposób wiązania niedługo staną się dla Sauriela tak samo rozpoznawalne, jak ulegli rozpoznawali więzy swojej dominy. Na nieszczęście było za ciemno, żeby kogokolwiek tutaj rozpoznać, a nawet kiedy głos Victorii od razu by trafił do niego, tak głos Brenny... z nim się jeszcze tak nie oswoił. Więc w tym tempie wydarzeń rozpoznanie jakoś zaniknęło. Tym bardziej jednak nie spodziewał się tego, że sylwetka z łóżka też przypieprzy mu zaklęciem prosto w plecy. A powinien. No przecież, że powinien.
Oto był kolejny powód, dlaczego ten rytuał tak dużo psuł. I dlaczego narażał zarówno jego jak i Victorię na niebezpieczeństwo. Chociaż tutaj, dzięki bogom, niebezpieczeństwa żadnego nie było.
Jak Sauriel łupnał na ziemię, unieruchomiony, to narobił niezłego rabanu. Tak samo jak i drzwi, które próbował zamknąć przed twarzą krzykacza. Nielogicznie, no pewnie, ale kiedy nagle nieruchomiejesz, a jeszcze przed chwilą wpadłeś tutaj z myślą, że ktoś morduje twoją przyjaciółkę, to logika i prawidłowy odbiór sytuacji bywał różny.
To na drzwi
Sukces!
To na rozproszenie
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.