Oj tak, dzięki bogom, że mieli tutaj skrzata domowego, który miał też na tyle rozumu i godności, żeby to przerwać. I przede wszystkim - odwagi. Niejednemu skrzatowi by tego zabrakło - jaj do działania. Przede wszystkim do wtrącenia się w utarczkę czarodziei czystej krwi. Wygrała tutaj chyba lojalność, co? A potem pewnie i tak będzie wymierzała sobie karę, głupie stworzenie... zamiast czekać na nagrodę, obwiniająca siebie za to, jak wspaniale postąpiła. Czarnowłosy skrzatem jednak sobie głowy nie zawracał. Pojawiła się, zrobiła swoje, w porządku. Popatrzyła jeszcze to na jednego to na drugiego, żeby mieć tą pewność, że nie będzie żadnych kolejnych, nerwowych ruchów. Nawet podała Victorii eliksir. To, co będzie z nią potem i jak się zachowa naprawdę nie było jego sprawą i brakowało mu przynajmniej pięciu wiader empatii, żeby się tym przejąć. Tak jak nie był jeszcze na etapie, w którym potrafiłby docenić w pełni to, że zaangażowała się w konflikt i ich powstrzymała. Na pewno przyszedł jednak czas na to, żeby krew przestała uderzać do głowy. Ta przysłowiowa.
Nożem? Zraniono Victorię nożem? Pytanie, skąd Brenna o tym wiedziała i w zasadzie co tu do cholery jasnej robiła jeszcze nie zawitało w jego głowie. Może gdzieś tu być? Prawdziwe zagrożenie mogło gdzieś tu być, a oni się bili między sobą? Dawka strachu znowu uderzyła w niego, bo poczuł się dziwnie bezbronny w tym momencie. Z Victorią na podłodze opatrywaną przez skrzata i poczuciem bardzo miękkich nóg, kiedy kolejny raz zaczął się podnosić. Ale tym razem powoli, asekurując się ścianą, potem szafą. Słowa były tutaj bardzo ciężkie do zebrania i wypowiedzenia.
- B-budź. - Zająknął się z obruszeniem. Co to za głupi pomysł nie budzić teraz tej wariatki? Tak, bo za wariatkę miał panią tego domu i raz jej nawet wytknął to, co o niej sądził. Powinien? Jasnee, że nie. Kolejny element do spisu głupot robionych przez Rookwooda, a niestety z biegiem czasu nie było ich mniej tylko więcej. Coraz bardziej się temu poddawał i coraz mniej kontrolował. Więc może jednak Brenna miała rację. - Trzeba sprowadzić... lekarza. Lestrange powinna wiedzieć. - Wiedzieć, że kurwa coś się tutaj czaiło, coś skrzywdziło Victorię, że COŚ nadal stanowiło tutaj zagrożenie! A Victoria chciała, żeby jej matki nie budzić? O ile ją to całe zamieszanie nie obudziło do tej pory to i tak cud. Zamiatanie tego pod dywan to było ostatnie, czego Sauriel teraz oczekiwał i co chciał robić dla samej Victorii. Tyle krwi... tu było tyle niepotrzebnie zmarnowanej krwi. A zagrożenia nadal znikąd. I najgorsze było to, że obie kobiety chyba wiedziały, co tym zagrożeniem było? A jednocześnie nie wiedziały, skoro Brenna uważała, że to on? On?! Co to w ogóle był za pomysł. Ale zamiast protestu Sauriel wydał z siebie tylko dziwny pomruk. Próbował się ogarnąć i opanować, a kręciło mu się w głowie.
Ignorując Brennę ruszył w kierunku Victorii podpierając się o ścianę dla zachowania pionu i klęknął obok niej, delikatnie biorąc jej dłoń w swoją. Chciał jej pomóc. Kiedyś potrafił. Kiedyś mógł. Wyciągnął różdżkę i jeśli ktoś był zorientowany to wiedziałby, że Sauriel próbował użyć zaklęcia Enerwate. Problem w tym, że dobra magia nie chciała już słuchać Sauriela. Brudna. Spaczona nim samym. Zacisnął zęby i po próbach wymuszenia posłuszeństwa na magii po prostu się poddał. To po prostu nie działało. Powoli opuścił różdżkę i... w zasadzie to cofnął się od Victorii, żeby zrobić Brennie miejsce. Brennie, która chyba w tym momencie była w stanie bardziej pomóc kobiecie niż on sam.
- Przepraszam. - Co z tego, że miał wiedzę, skoro nie mógł jej pomóc? - Co tu się stało?
Akcja nieudana
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.