Sauriel przepraszał zupełnie nie za to, że tutaj wtargnął. Jego przeprosiny, podziękowania i prośby zawsze były bardzo ograniczone i używał ich tylko wtedy, kiedy naprawdę uznał, że ma za co przepraszać. Przeprosił za to, że nie był w stanie jej pomóc. Teoria niestety nie chciała tutaj pójść z praktyką, bo, no cóż... dla niego to było jasne. Pewnie dla Victorii też po tych niektórych rzeczach, jakie miała okazję zobaczyć, kiedy z nim przebywała. Można to było jednak zrozumieć w jakikolwiek sposób, a on nawet nie pomyślał, że jego przeprosiny wcale nie musiały być jasne. Szczególnie, że Victoria chyba zrozumiała. Tym bardziej nie wpadło mu do głowy, że mógłby przepraszać Brenne, czy że ona te przeprosiny mogłaby skierować do niego. Nie byli sobie nic winni. Stworzyli prawdziwy chaos i niebezpieczną sytuację dla Victorii, a teraz tańczyli wokół siebie tak, żeby sobie nie wejść w drogę. Stało się jednak jasne, kiedy gorączka opadła, że żaden z nich źle nie chciał. A co było tym zapewnieniem? Niby sama Victoria, która im ufała obojgu tak samo. Tak się wydawało Saurielowi. Bo znowu Brenna i Sauriel sobie wzajem ufali jak... kot i pies. Albo kot i wilk. Brenna nie była żadnym dywankowym labradorem i bardzo dosadnie to pokazała od pierwszego ich spotkania, a dzisiaj tylko postawiła kropkę na końcu zdania.
Odsunął się do Victorii i przesunął dłonią po twarzy, obracając do niej plecami, żeby nie patrzeć na ten obraz nędzy i rozpaczy.
Słuchał ich. Sen. Sen? Po prostu sen? Rany ze snu? Krew ze snu? Wszystko to było aż boleśnie realne. Boleśnie, bo chociaż nie czuł, żeby Victorii cokolwiek groziło i nie widział w pełni jej obrażeń to wystarczyło spojrzeć na krew. I na to, jak wyglądała. To nie była rana, ta na ręce, którą się dostaje od byle przecięcia się. Te ślady duszenia na szyi - kurwa! Ktoś chciał ją zabić. To wyglądało tak, jakby ktoś chciał ją zabić.
- B-brenna cię zabierze. - Jakoś było mu słabo po tym uderzeniu. Robiło mu się dziwnie mdło, niedobrze, kręciło w głowie i wręcz trudno było zebrać myśli i mówić gładko. Potrząsnął znowu lekko głową, jakby to miało w czymkolwiek pomóc, ale wcale nie pomagało. Cóż, musiało mu się to uspokoić, to na pewno. Usiadł na krześle, żeby nie musieć stać i obserwował dwie kobiety. Tak, teraz mógł powierzyć Victorię w ręce Brenny! Ten brak zaufania trochę opadł. Osiadł. I nie dlatego, że bardzo wierzył tej kobiecie, tylko wierzył Victorii. I wierzył też temu, co słyszał i co było mu tu opowiadane. A co najważniejsze - wierzył temu, że akurat Brenna była teraz bardziej zdolna zaopiekować się Victorią niż on. I... skoro tak broniła Victori... sama Victoria nie zaprzeczała. A przecież była Oklumentką. Gdyby ktoś mieszał jej w głowie to raczej byłaby tego świadoma.
Ale jakoś strasznie go wkurwiało, że była tam Brenna, a nie on.
Niczego nie powiedział na te opowieści. Nie było komentarza. Z dwóch powodów - brzmiało to zupełnie... zupełnie absurdalnie, chociaż o dziwo jakoś im wierzył. To była na pewno jakaś magia, no pytanie, jaka. Z drugiego powodu, bo coraz bardziej "pływał". Układanie zdań stało się naprawdę dziwnie trudne.
- Przyjdę jutro. - Wymruczał wielki bohater na czarnym rumaku, który wpadł tu, rozpierdolił drzwi i teraz gotów był wyjść, skoro już narobił odpowiedniego zamieszania. Może obie kobiety o nim zapomniały, ale on się nie zapomniał, że czasem wypada być jednak dżentelmenem! Mógł oszczędzić Victorii swoich chamskich komentarzy potem i oszczędzić jej siebie samego. To raczej wyjdzie im obu na zdrowie. Nie wspominając, że miał zainteresowanie kobiecym ciałem na poziomie takim samym, jak rzeźbiarz może spoglądać na rzeźbę.
Podniósł się i skierował do wyjścia.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.